&& Pink Marschmallow, Indian Roses i Pink Gold - wiosna w kolorze różu &&

3/27/2017

&& Pink Marschmallow, Indian Roses i Pink Gold - wiosna w kolorze różu &&

Przeglądając ostatnie czasopisma, w których, aż roi się ostatnio od artykułów z inspiracjami na nadchodzący sezon wiosenno-letni, zewsząd rzucał mi się w oczy róż. Róż pudrowy, blady, albo w nieco jaskrawszym wydaniu, dziewczęcy, otoczony połyskiem, na myśl przywodzi mi sławetne lata Barbie. Osobiście jest to jeden z tych kolorów, który nie ważne czy jest aktualnie modny czy też nie, zawsze znajdzie miejsce czy to w mojej szafie czy to w produktach kosmetycznych. Oczywiście nie może go również zabraknąć w lakierach do paznokci. Dlatego inspirowana nadchodzącym szałem na tenże kolor, postawiłam na różowy manicure z odrobiną połysku. Zaopatrzyłam się więc w dwa nowe odcienie Semilac - Pink Marschmallow 128 i Indian Roses 097 i z wielkim namaszczeniem, po ponad miesięcznej przerwie od hybryd, zabrałam się za manicure. Jak wyszło, już Wam pokazuję :)


Kolor Pink Marschmallow 128 to mój najnowszy nabytek. Kupiony przez przypadek w sumie, musiałam dobrać coś do zamówienia i padło na niego. Co prawda różnych odcieni różu u mnie pod dostatkiem, ale...kolejny nie zaszkodzi. Cieszę się jednak, że to właśnie jego wybrałam z całej gamy dostępnych kolorów. Jest w pięknym jaśniutkim odcieniu różu, w którym zakochałam w momencie, chyba nawet przebił mi sławetny Biscuit, który dotąd był moim faworytem w jasnych kolorach. Marschmallow wylądował u mnie na kciuku i palcu serdecznym. Niestety na niektórych zdjęciach wyszedł niemalże jak biel.



Indian Roses 097
to z kolei kolor który kupiłam zanim zrobiłam przerwę w manicure hybrydowym, ale dopiero teraz go użyłam. To śliczny, nieco brudnawy róż wpadający w nudziakowe tony. Na paznokciach prezentuje się schludnie i naturalnie, co mi bardzo odpowiada. Jednak żeby nie było aż tak nudno, nie omieszkałam dodać czegoś błyszczącego, czegoś co powiedzmy doda nieco "pazura" nudziakowemu manicure. Miałam chwilową ochotę położyć na paznokieć palca środkowego piękną mieniącą się czerń Starlight Night 096, ale w ostateczności zrezygnowałam z tego pomysłu, gdyż mógłby się gryźć z jasnym jednak Marschmallow. Postawiłam więc na bezpieczny w tym przypadku odcień Pink Gold 094, który wygląda obłędnie jeśli jest tylko na jednym, max dwóch paznokciach.



Podoba Wam się manicure w takich nieco nudnych kolorach?Lubicie takie odcienie?

pss.za jakość zdjęć przepraszam :)
&& Bazyliowy rytuał dla włosów Basil Element Vis Plantis - szampon wzmacniający przeciw wypadaniu włosów z ekstraktem z bazylii i NMF &&

3/24/2017

&& Bazyliowy rytuał dla włosów Basil Element Vis Plantis - szampon wzmacniający przeciw wypadaniu włosów z ekstraktem z bazylii i NMF &&


Ostatnio zauważyłam, że coraz częściej w moich zasobach kosmetycznych pojawiają się kosmetyki w zielonych opakowaniach. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że długi czas nie znosiłam tego koloru i omijałam go szerokim łukiem. Aż na mojej głowie nie zapanował rudy chaos, do którego z kolei zieleń, a zwłaszcza ta w odcieniach khaki pasowała idealnie. Co prawda teraz jest brązowo, ale khaki nadal pasuje, a zieleń stała się jakaś wszechobecna u mnie. Jednym z takich zielonych produktów jaki trafił w moje ręce ostatnio, był wzmacniający szampon z ekstraktem z bazylii z Elfa Pharm, znalazłam go w paczce klubowicza, o której pisałam w podsumowaniu lutego > tu . Czy zdziałał coś na głowie, czy go polubiłam i czy do niego wrócę dowiecie się w poniższej części.



Zacznę od tego, że w skład całej serii Basil Element wchodzą łącznie cztery produkty-szampon, odżywka, mleczko (spray) i maska. Cenowo plasują się w granicach 19-29zł i są dostępne na oficjalnej stronie producenta lub jest również możliwość kupienia całego zestawu w cenie 66,98 tutaj .
Ja w paczce trafiłam akurat na szampon i pomimo dość sporego zapasu innych firm, to właśnie ten bazyliszek poszedł w ruch jako pierwszy. Wygrała znowu ciekawość do nowości na naszym rynku.

Szata graficzna tychże nowości idzie nieco w stronę minimalizmu. Na zielonych opakowaniach znajdziemy białe etykiety, z utrzymanymi w różnych odcieniach zieleni informacjami, oraz charakterystycznymi cieniowanymi listkami mającymi przywoływać na myśl listki bazylii. Wygląda to schludnie i jest przyjemne dla oka.
Cała linia została przeznaczona zwłaszcza dla włosów osłabionych, pozbawionych blasku i witalności, oraz posiada właściwości hamujące ich wypadanie. Skierowana również do osób z problemami hormonalnymi oraz genetycznymi. Prócz ekstraktu z bazylii w każdym produkcie z osobna znajdziemy w niej również dodatkowe "wzmacniacze" w szamponie jest to NMF czyli naturalny czynnik nawilżający.



Szampon otrzymujemy w 300ml, wąskiej i podłużnej butelce, z zamknięciem na "klik". Butelka jest wykonana z miękkiego plastiku, więc aplikacja odbywa się szybko i sprawnie, poprzez ściśnięcie jej. Dzięki wąskiemu ujściu zamknięcia wydobywamy z wnętrza potrzebną nam ilość produktu.
Kolor szamponu jest lekko białawy, perłowy. O bardzo przyjemnym zapachu, w którym czuć lekką nutę słodyczy. Dość ładnie się pieni, o ile włosy nie są nafaszerowane produktami do stylizacji. Wtedy idzie nieco ciężej, aczkolwiek przy drugim myciu wraca wszystko do normy.



Według opisu producenta linia Basil Element stworzona jest na bazie prostych roślinnych składników, aby w naturalny sposób  wzmocnić i zagęścić włosy, a więc i zapobiec przy tym ich nadmiernej utracie. Tutaj jednak nie do końca się zgodzę z opisem, gdyż patrząc na skład, jednak mu trochę daleko do naturalności. Zresztą zobaczcie sami (cwaniara jestem bo zaczęłam studiować składy :p)



Jak sami widzicie zaraz na początku występują składniki, dość mocno oczyszczające, które teoretycznie są bezpieczne, jednakże mogą również wywołać niepożądane skutki jak przesuszenie, podrażnienie lub wywołać alergię u osób naprawdę wrażliwych. Dopiero od około piątej pozycji zaczyna się robić nieco lepiej. I teoretycznie dobra passa trwa do końca. Jednak zwolenników naturalnych składów zapewne początek będzie raził po oczach (chociaż może się mylę?)



Patrząc jednak na jego właściwości i działanie to całkiem śmiało mogę napisać - polubiłam go i czuję się zachęcona, aby sięgnąć po całą serię. Moje włosy obecnie nie grzeszą świetnym wyglądem - są matowe, suche i porowate, ale nadal mają tendencję do przetłuszczania się u nasady. Ostatnio też zaczęły wpadać, co przypuszczam spowodowane jest aktualną pogodą. Nie zauważyłam więc co prawda poprawy co do ilości wypadających włosów, ale zawsze twierdzę, że tego typu produkty najlepsze działanie wykazują wtedy kiedy są stosowane kompleksowo i przez dłuższy czas. Szampon natomiast okazał się bardzo przyjemnym produktem, który ładnie doczyszcza skórę głowy i włosy, nie obciąża ich, nie powoduje przetłuszczania, a wręcz mam wrażenie że nieco spowolnił ten proces. Nie powiem czy działa nawilżająco, gdyż i tak po każdym myciu stosuję odżywkę, ale mogę śmiało napisać, że nie wysusza. Nie wywołał u mnie alergii, nie podrażnił, a dodatkowo ogromny plus otrzymuje za piękny zapach.Tak jestem zadowolona.

Miałyście coś z tej serii? A może planujecie dopiero zakup?

Miłego dnia :*
&& Tanie kosmetyki z Lidla, czy warto na nie zwrócić uwagę? &&

3/22/2017

&& Tanie kosmetyki z Lidla, czy warto na nie zwrócić uwagę? &&


Witajcie :)
Jak zapewne zauważyliście blog znowu przeszedł małą zmianę. Było to do przewidzenia, że po pojawieniu się nowego szablonu ALISON u Karoliny z Karografii długo nie wytrzymam i w końcu zamienię Christinę na lepszy model. I jak sami widzicie chęci zostały zrealizowane i chyba jakoś bardziej mi się podoba obecny wygląd strony, aniżeli poprzedni. A jak Wy sądzicie? Ciekawa jestem Waszej opinii :) A jak macie ochotę na zmiany u siebie na blogach, zaglądnijcie do Karoliny, a nóż coś znajdziecie dla siebie :)
A przechodząc do sedna dziś będzie o kilku produktach z niskiej półki cenowej, żeby nie napisać z najniższej, aczkolwiek myślę, że warto im również poświęcić uwagę. Przed Wami Cien.


Jak zapewne każda z Was wie marka Cien to produkcja kosmetyczna dla Lidla. Niczym szczególnym te produkty się nie wyróżniają, prócz przyzwoitej ceny, którą z łatwością można uznać jako tą "na każdą kieszeń", żele pod prysznic po ok.4 zł, albo płyny do kąpieli za 6 zł, to tak naprawdę niewielki wydatek. Oczywiście w drogeriach w typie Rossman czy sieciówkach również spotkamy produkty na wyłączność, które są tanie i myślę sobie teraz, że jeśli ograniczymy się tylko do pielęgnacji ciała czy tzw. umilaczy wieczornych w postaci płynów do kąpieli, wcale na tym źle nie wyjdziemy.
Na przykładzie więc lidlowskich Cieni postanowiłam Wam co nieco opowiedzieć o moich już nie takich nowych zdobyczach z Lidla.

BIAŁA KOSTKA W CZARNE KROPKI
Chyba największą moją uwagę będąc na zakupach przykuło małe foliowe opakowanie, w którym znajdowała się kostka mydła z widocznymi czarnymi ziarenkami. Kosztowała 1,99 zł więc tak naprawdę grzechem byłoby jej nie kupić. Cóż co najwyżej zużyłabym jako peeling do dłoni, ale...okazała się całkiem przyjemnym mydełkiem peelingującym, w którym zatopione są ziarenka maku.
Jeśli chodzi o skład w pierwszych pięciu pozycjach znajdują się kolejno Sodium Palmate, Sodium Palm Kernelate - czyli podstawowe składniki mydeł, potem jest woda i gliceryna, a jako piąte miejsce zajął tłustawy emolient Palm Acid. Myślę więc, że wygląda to całkiem przyzwoicie.
Mydełko za pierwszym razem nie dało po sobie jeszcze poznać jakie jest przyjemne. Dopiero przy kolejnych razach, kiedy pierwsza powłoka pozwoliła ujrzeć światło dzienne ziarenkom można je nazwać śmiało peelingującym. Sam masaż nim jest bardzo łatwy i wygodny, a ziarenka w przyjemny sposób masują skórę. Dodatkowym plusem jest zapach, który jest przyjemny i nie ma nic wspólnego z typowym mydlanym aromatem, którego osobiście nie znoszę.
Mydełko również nie pieni się bardzo, ale to mi akurat nie przeszkadza. Nie zauważyłam również zapychania, ani nie wystąpiło żadne uczulenie.
Czy są efekty? Pozostawia fajną, przyjemną w dotyku skórę, ale czy stała się gładsza?Nie niestety nie, nie jest to jednak typowy mocny zdzierak. Za to nadrabia wyglądem, bo w łazience wygląda bardzo przyjemnie.
Cena 1,99zł/75g



CZEKOLADOWA ROZKOSZ
Kolejną pozycją jest masło do ciała o pięknym, intensywnym zapachu czekolady. Powiem Wam, że już samo opakowanie łechce moje zmysły. Zamknięte w imitującym szkło, grubym, przeźroczystym plastiku. Zamykane hermetycznie, z przyjemną dla oczu szatą graficzną. Nic się nie zacina, wszystko jest w nim sprawne. Jest piękne, pomału je kończę i myślę jak wykorzystać opakowanie po nim.  No bo przecież nie wyrzucę :)
Po otwarciu kolejnym zmysłem jaki zostaje zaatakowany to węch. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy otwiera się ten słój czuć kakao w momencie. Jest mocne, aromatyczne, słodkie, ale czuć w nim też jakby charakterystyczną dla kakaowca kwaskową nutę. Jest cudowne. Jeśli ktoś uwielbia takie słodkie zapachy, będzie nim zachwycony.
Na koniec zostaje wzrok, i w sumie to nie wiem czy przy maśle do ciała to, aż tak ważny element, aczkolwiek na pewno wart uwagi. Masło nie jest typową białą, zbitą mazią. Ta biel jest jakby złamana beżem. Wygląda przyjemnie i w połączeniu z poprzednimi walorami, chce się je bardziej zjeść aniżeli wsmarować w skórę.
Przeznaczone do skóry suchej i normalnej, dzięki aksamitnej w dotyku konsystencji pięknie sunie po ciele, pozostawiając je nawilżone, przyjemnie miękkie w dotyku i przesiąknięte aromatem czekolady. Nie zostawia ani tłustego, ani lepkiego filtru. I jedynym jego minusem jest zbyt długie wchłanianie. No i obecność gliceryny w składzie, co pewnie u niektórych go zdyskwalifikuje (za to pewnie zadowoli fakt iż jego bazą nie jest parafina)
Dostępne w dwóch wariantach - czekoladowym i mango (to aż tak mnie nie kusiło)
Cena 12.99zł/400ml


ZŁOTO PUSTYNI, ALBO...

...eliksiry do mycia ciała lub do kąpieli. Czyli nic innego jak nafaszerowane SLS-ami żele pod prysznic i płyny do wanny. Osobiście wychodzę z założenia, że bądź co bądź te SLS-y w takich produktach są przydatne i wcale mi nie przeszkadzają.
Seria ekskluzywnych umilaczy pojawiła się z tego co pamiętam pod koniec zeszłego roku, aczkolwiek mogę się mylić, poprawcie mnie wtedy :)
Opakowania ewidentnie inspirowane są krajami dalekiego wschodu, przeźroczyste butelki, zdobią złoto-brązowo-bordowo-niebieskie mozaiki. Wygląda to pomimo całej ich taniości dość schludnie i ładnie. Dodatkowo w konsystencjach ukryte są mieniące się drobinki, a także substancje nawilżające. Do wyboru były trzy rodzaje żeli i dwa płynów, różniących się między sobą kolorami i delikatną różnicą w zapachu, jakie to jednak zapachy nie powiem Wam dokładnie, bo producent nie pokwapił się o dodanie tej informacji na opakowaniu, a jedynie ograniczył się do słów "Idealne połączenie wyszukanych aromatów..." i tak zgadując...w jasnym żelu i płynie czuję jakby świeżość grejpfruta, a w złotym z kolei jakąś słodką, lekko mdlącą bliżej nie określoną woń, aczkolwiek dość przyjemną (w składzie jedyne co znalazłam co odnosiłoby się do zapachu to ogólnikowy parfum, który jak wiadomo może oznaczać wiele...)
Tak czy inaczej patrząc na ich pozytywne strony, żele ładnie się pienią, skórze krzywdy nie robią, a nawet ją domywają :P I pomimo braku obiecanego nawilżenia dają się lubić. Natomiast płyny do kąpieli tworzą ładną, sztywną pianę i przez chwilę pozwalają cieszyć się przyjemnym aromatem. Drobinki na skórze oczywiście nie pozostają:)
Cena żelu pod prysznic (nie pamiętam dokładnie) 3.99zł/300ml
Cena płynu do kąpieli 6.99/1000ml


Podsumowując jak mam być szczera, jeśli są to produkty pielęgnacyjne, nie przeznaczone do twarzy, tylko do ciała, dlaczego mam ich nie kupować, zwłaszcza, że coraz częściej dostajemy je w naprawdę ładnych opakowaniach, które całkiem nieźle prezentują się na półce w łazience. Składami się nie wyróżniają, ale analizując je są bardzo zbliżone do znanych i lubianych marek, z tą różnicą, że są zwyczajnie tańsze. Totalnym zaskoczeniem (miłym oczywiście) okazało się dla mnie mydełko peelingujące za niecałe 2 zł i pewnie jeszcze nie raz po nie sięgnę będąc na zakupach.
A Wy kupujecie takie kosmetyki z tzw.niskiej półki cenowej? Co sądzicie o takich produktach?
&& Miłość od pierwszego wejrzenia, czyli o minerałach część pierwsza &&

3/16/2017

&& Miłość od pierwszego wejrzenia, czyli o minerałach część pierwsza &&

Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego posta. Temat kosmetyków mineralnych wałkowany już był nie raz, nie dwa, prościej więc byłoby dodać kolejną recenzję o podkładzie, pudrze, korektorze itd. z drugiej strony pomyślałam, że może jednak taki post jak dziś będzie miłym wstępem do dalszej części niekończącej się opowieści na ich temat. Do tego kilka wiadomości od Was z pytaniem o produkty mineralne, jeszcze bardziej zmobilizowały mnie do napisania tej treści, zwłaszcza że i ja zanim po nie sięgnęłam, miałam pewne obawy i czułam jakiś rodzaj nieokreślonego strachu przed nimi. Dlatego dziś postaram się rozwiać niektóre wątpliwości, oraz przybliżyć Wam nieco fenomen mody na minerały. Jak to mawiają...



...NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY JAK GO MALUJĄ
Zanim sięgnęłam po mój pierwszy kosmetyk mineralny, zdążyłam wpierw naczytać się różnych opinii na ich temat, począwszy od tych super pozytywnych, poprzez obojętne, a na końcu te negatywne. Czytając te ostatnie czułam przed nimi strach. Przyzwyczajona od lat do zwykłych, płynnych podkładów, które aplikowałam palcami, pędzlem albo gąbeczką, nie potrafiłam wyobrazić sobie również aplikacji podkładu o sypkiej konsystencji. A dodatkowo zniechęciłam się kilkoma opiniami, na temat nieładnego zbierania się minerałów na suchej skórze. Przeświadczona więc, iż są przeznaczone tylko dla cery problematycznej, tłustej bądź mieszanej omijałam je skutecznie łukiem. Do czasu kiedy zagłębiłam się w skład, a moja ciekawość jak zwykle wygrała ze zdrowym rozsądkiem, i nastał ten moment, kupiłam swoje pierwsze w życiu minerały.

NIEBO, A ZIEMIA
Mineralne kosmetyki wyróżniają zwłaszcza składy. Są w pełni naturalne, bez sztucznych konserwantów, zawierają składniki antybakteryjne oraz naturalne filtry przeciwsłoneczne, nie posiadają także drażniących substancji chemicznych. W przeciwieństwie do zwykłych płynnych podkładów są wolne od parabenów, syntetycznych barwników i zapachów, substancji ropopochodnych oraz są zwyczajnie "lżejsze". Nie zatykają porów, a skóra pod minerałem jest w stanie oddychać, ma więc to zbawienny wpływ na naszą cerę.
Podstawowymi składnikami minerałów są:
- MICA (mika) - dzięki niej produkty mineralne uzyskują lekką, jedwabistą konsystencję, nadaje skórze blasku i promienności.
- ZINK OXIDE (tłenek cynku) - posiadający właściwości antybakteryjne, pomocny przy walce z drobnymi niedoskonałościami oraz nadający krycie.
- TITANUM DIOXIDE (tlenek tytanu) - działający ochronnie przed złośliwym promieniowaniem słonecznym, zawierający naturalny filtr UVA/UVB na poziomie 15 SPF, oraz jak jego poprzednik zapewnia doskonałe krycie.
- TLENKI ŻELAZA, ULTRAMARYNA - pigmenty mineralne, dzięki którym uzyskujemy odpowiednie odcienie produktów.
- PUDER BAMBUSOWY - odpowiedzialny za niwelowanie wydzielanego sebum przez skórę, działający matująco.
- JEDWAB - chroni skórę przed nadmierną utratą wody, wypełnia zmarszczki.



PROBLEMATYCZNA NATURA
Żeby tak ładnie nie było, zaraz na początku pojawiły się jednak problemy, szybko jednak zrozumiałam ich przyczynę. Zastanawiałaś się czasem ile to już lat, odkąd wykonujesz niemalże codziennie makijaż?
Przez ten cały czas karmimy naszą skórę, wspomnianymi wyżej sztucznymi składnikami, w większości dostępnych na rynku podkładach, czy innych kosmetykach kolorowych występują tzw.zapychacze, substancje które nie pozwalają naszej skórze właściwie oddychać. W finale nasza twarz traci blask, pory rozszerzają się, a skóra zaczyna wyglądać fatalnie. Kiedy więc nagle po tylu latach fundujemy naszej skórze tak drastyczną zmianę, musimy liczyć się z faktem, że będzie ona na początku walczyć. Zaraz po kilku pierwszych aplikacjach mineralnych kosmetyków moją twarz zaatakowały złowrogie wypryski. Powodem tego był fakt, że nagle pozwoliłam jej oddychać. Jednak nie ma co się zrażać, jest to normalny proces, i po około tygodniu, max dwóch-powinno wszystko wrócić do normy, a wraz z tym powrotem powinnyśmy dostrzec pomału zmianę w wyglądzie naszej skóry.
Kolejnym problemem było ważenie się podkładu. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza kiedy liczyło się od razu na zniewalający efekt. Jednak i z tym można sobie łatwo poradzić. Zasadniczo podstawowym krokiem w minerałach jest odpowiednie nawilżenie skóry przed. A w kolejności metoda aplikacji sypkiej konsystencji. Jeśli więc przy pierwszych próbach nakładania podkładu widzisz, że zaczyna się ważyć, znaczy to, że albo musisz zwrócić większą uwagę na nawilżenie twarzy, albo spróbować zmienić metodę aplikacji.

ŻEBY BYŁO ŁADNIEJ

Sposobów na aplikację minerałów jest kilka, jeśli więc jeden nie daje odpowiedniego efektu-nie bój się, spróbuj inny.
Minerały to produkty sypkie, a więc do aplikacji potrzebujemy odpowiednich akcesoriów, może to być pędzel Kabuki lub Flat Top, ważne jest jednak przy wyborze pędzla zwrócić uwagę czy jest on z włosia syntetycznego czy naturalnego-w przypadku kosmetyków mineralnych lepiej sprawdzi się ten pierwszy, który podczas styczności z minerałami nie wchłonie ich w połowie, jak może być w przypadku naturalnego włosia; a także należy zwrócić uwagę czy pędzel jest "zbity" i lekko twardy. Drugi to gąbeczka Sponge. Niezależnie który z powyższych użyjemy, wpierw musimy wysypać nieco produktu na spodeczek czy nawet zakrętkę opakowania (róż z własnego doświadczenia wiem już, że lepiej wpierw nasypać na grzbiet dłoni). W kolejności musimy "wmasować" kolistymi ruchami produkt w nasz pędzel/gąbeczkę. Przy gąbeczce możemy zaraz po "wmasowaniu" przejść do aplikacji zaczynając od czoła i schodząc w dół ku brodzie, w przypadku pędzla wpierw musimy strzepnąć zebraną ilość uderzając o brzeg wieczka, następnie uderzyć podstawą o twardą powierzchnię, tak aby reszta produktu weszła wgłąb włosia. Dzięki temu uzyskamy pewność, że nasz minerał dobrze osadził się we włosiu, i nie nałożymy zbyt grubej warstwy, która się nam od razu skluszczy. Należy pamiętać, by nakładać cienkie warstwy podkładu, aby nie uzyskać efektu maski. W zależności od rodzaju cery, podkład pędzlem aplikujemy albo od czoła, wykonując posuwiste ruchy, kierujemy się w dół-dotyczy to cer problematycznych, lub kiedy mamy suchą cerę rozpoczynamy od środkowej części twarzy, i ruchami "stempla" wklepujemy podkład w skórę, lub kiedy mamy tzw.suche skórki aplikację zaczynamy jak przy cerze tłustej/mieszanej-czyli od czoła kierując się ku brodzie. W zależności od naszych potrzeb aplikujemy 2-3 warstwy. Ja osobiście nakładać jedną, nie mam problemów z cerą prócz jej suchości, więc jedna warstwa wystarcza mi w zupełności. Miałabym jednak pewne zastrzeżenia jeśli chodzi bardzo problematyczną skórę, nie jestem do końca pewna czy mineralny podkład byłby w 100% zakryć wszystkie niedoskonałości.



Kiedy rozpoczynałam przygodę z minerałami, sen z powiek spędzała mi moja sucha skóra, ale i z tym sobie poradziłam. Przypuszczam również, aczkolwiek jest to tylko moja teza, iż sprawdzi się również u osób z tłustą/mieszaną cerą.
Tak jak wspomniałam wyżej, aby minerały wyglądały naturalnie na twarzy, należy zadbać o odpowiednie nawilżenie jej. Czasem nie wystarczy sam krem, a w przypadku cer mieszanych/tłustych również może wystąpić przesuszenie.
Dobrą alternatywą są wtedy wszelkie wspomagacze w postaci hydrolatów czy wody termalnej. Wystarczy spryskać wpierw twarz i odczekać chwilkę, aby nie była zbyt mokra, gdyż podkład może się wtedy zważyć, lub zwilżyć pędzel/gąbeczkę i wykonać wszystkie powyższe czynności, aplikując go na mokro. Można również nanieść kilka kropel hydrolatu na wieczko, następnie nasypać podkład i wymieszać, w ten sposób uzyskamy płynną konsystencję sypkiego minerału.
Osobiście jednak wpierw spryskuję twarz, lub lekko nawilżam pędzel.



MOJA MIŁOŚĆ MINERAŁ
Jeszcze rok temu nie przypuszczałabym, że powstanie taki post. Jak wspomniałam Wam na wstępie czułam przed nimi strach, a moje obawy uzasadnione były różnorodnymi opiniami. Wydawało mi się, że wykonanie makijażu podkładem mineralnym jest nie lada wyzwaniem, a zwłaszcza kiedy się chce uzyskać odpowiednie krycie, a przy tym naturalny wygląd. Potem doszły obawy, spowodowane tajemniczą sypką konsystencją. No bo przecież jak wykonać makijaż szybko kiedy jest tyle przy tym zabawy? Ale bez obaw, po kilku razach nabywamy wprawę i z każdą kolejną aplikacją idzie nam sprawniej i szybciej. Dziś do wykonania makijażu minerałami potrzebuję tyle samo czasu co przy zwykłych produktach.
Bałam się, że nie ukryję suchych skórek, albo co gorsza jeszcze bardziej przesuszą mi i tak już suchą skórę. Nic bardziej mylnego. Po pierwszych wspomnianych problemach z wypryskami, moja skóra odwdzięczyła mi się w późniejszym czasie pięknym kolorytem, twarz nie jest już taka szara, a pory w widoczny sposób się zmniejszyły.
Mogę więc całkiem śmiało napisać, że była to najlepsza decyzja jaką dokonałam kierując się moją odwieczną ciekawością. Jednakże zaznaczę, że nie każdy musi polubić się z nimi, to już zależne jest w dużej mierze od naszych upodobań.




Mam nadzieję, że tym z Was które zastanawiają się nad minerałami, rozwiałam chociaż część wątpliwości. Pamiętajcie, że kosmetyki mineralne trzeba odpowiednio dobrać pod siebie. Obecnie na rynku polskim dostępnych jest już kilka marek, jednakże ja się ograniczyłam do dwóch najbardziej chyba znanych w ostatnim czasie - Annabelle Minerals i Lily Lolo. Dlatego co jakiś czas będę publikować indywidualne recenzje z udziałem ich produktów. Jeżeli chcecie przeczytać konkretnie jakiś post z minerałami w roli głównej dajcie znać w komentarzu.
Jestem też ciekawa Waszego podejścia do minerałów-lubicie, czy raczej nie jesteście do nich zachęcone? A może planujecie ich zakup?

Kosmetyki Lily Lolo oraz akcesoria do makijażu dostępne są w sklepach internetowych, a także u oficjalnego dystrybutora na Polskę > SKLEP
Kosmetyki i akcesoria Annaelle Minerals dostępne są w wybranych sklepach stacjonarnych, internetowych oraz na oficjalnej stronie > SKLEP

Miłego dnia :*
&& 5 kosmetyków drogeryjnych, na które warto zwrócić uwagę, wyniki SemilacSPA &&

3/14/2017

&& 5 kosmetyków drogeryjnych, na które warto zwrócić uwagę, wyniki SemilacSPA &&

Chyba jak każda kobieta lubię się malować, lubię rozpieszczać swoje ciało, dbać o siebie i...znosić tonami kosmetyki do domu. Czasem zupełnie "przypadkowo" zaglądnę do mijanej po drodze drogerii, pod pretekstem przeanalizowania nowości na pułkach, a że skutkiem ubocznym jest zazwyczaj wrzucenie do koszyka kilku rzeczy, to już nie moja wina, a chociażby sklepu, który np.ma promocję na daną maskę/krem/tonik czy bóg wie jeden na co tam jeszcze. I nie ważne jak wielkie są moje zasoby kosmetyczne, nie ważne, że zapasy mam zrobione jakby co najmniej jakaś katastrofa się zbliżała, ważne że wychodzę dumnie ze sklepu, z uniesioną do góry głową, a pod nosem nucę..."każdy maskę ma - MAM I JA".
I przyznać się, która z Was tak "przypadkowo" nie zagląda do sklepu...? Tematem więc dzisiejszego postu będzie piątka drogeryjnych kosmetyków na które myślę sobie warto zwrócić uwagę, a pozostając przy przyjemnościach na końcu dowiecie się do kogo poleci tym razem zestaw SemilacSPA.



LOREA'L PARIS SKIN EXPERT - maska z czystą glinką wygładzająca

Lubię maski, używam często i myślę, że to jeden z tych kosmetyków obowiązkowych, występujących w każdej kobiecej łazience. Nowość na rynku jaką ostatnio wypuściła marka Lorea'l przykuwa uwagę zwłaszcza krzykliwym hasłem "Czysta Glinka", cóż prawda jest jednak taka, że za wiele wspólnego z czystą glinką te maski nie mają pomimo obecności kaolinu na drugiej pozycji w składzie, aczkolwiek pomyślałam, że chcę ją sprawdzić sama na sobie. Z dostępnych trzech wariantów, wybrałam najodpowiedniejszą dla mnie, czyli różową z dodatkiem alg czerwonych. Maska posiada właściwości wygładzające, zwężające pory oraz złuszczające delikatnie martwy naskórek. Nie powiem, bo już samo opakowanie przyciąga uwagę, jak na produkt drogeryjny. Zamknięta w szklanym słoiczku, z zielono-perłowym wieczkiem i prostym białym napisem, staje się przyjemna w odbiorze. Wewnątrz znajduje się różowawa maź, w której podczas aplikacji wyczuwalne są małe drobinki złuszczające. Po nałożeniu na twarz, po około 10 minutach lekko zasycha, nie jest to jednak typowe zasychanie jak przy glince - maska Lorea'l pozostaje ciągle jakby "mokra". Sprawcą tego jest skład, który tak jak wspomniałam wyżej, pozostawia wiele do życzenia. Pomijając jednak ten fakt, po dwóch-trzech aplikacjach, rzeczywiście maska spowodowała, że pory są mniej widoczne, a skóra jakby gładsza.
Ogółem więc rzecz ujmując z maską się polubiłam, nie uczuliła mnie, nie podrażniła, ale ze względu na obecność w składzie propylene glycolu polecam stosować ją raz w tygodniu. Dzięki temu nie wyrządzimy sobie nią krzywdy.
Cena 34.99/50ml (około 10 aplikacji)



L'BIOTICA BIOVAX GLAMOUR DIAMOND, PEARL - oleokremy do włosów bez spłukiwania 
Do Biovaxa L'biotici pałam jakimś szczególnym sentymentem. Lubię ich produkty do włosów. Miło wspominam też serię z olejkami świata, a zwłaszcza balsam BB. Oleokremy do włosów to zamknięte w wąskich tubach kremy do włosów, mające dwa zastosowania - na sucho i na mokro. Do wyboru mamy cztery rodzaje, ja zdecydowałam się na dwa. W Diamond znajdziemy mieszankę diamentów z olejkami amazońskimi tj.babassu i pequi, natomiast w Pearl proteiny perłowe połączone z olejkami dalekiego wschodu-tsubaki i perilla. Oba produkty mają działanie wygładzające oraz odżywiające. Nadają włosom blask i miękkość. Przy tym nie obciążając ich. Są idealne na końcówki, zwłaszcza zniszczone. Jeśli więc nie przeszkadza Wam zawartość w składzie silikonów (tak, tak niestety są i to na trzecim miejscu) ani gliceryna to jest to produkt, który jak najbardziej powinnyście wypróbować.
Cena ok.15zł/125ml



BIELENDA BAWEŁNA - dwufazowy płyn do demakijażu oczu
Wpierw miałam wersję niebieską - i jego Wam nie polecę. Piekły oczy, powodował łzawienie i makijażu nie domywał w ogóle. Bardzo go nie lubiłam. Z tego co pamiętam przy połowie, butelka wylądowała w koszu. Ale, że ciekawość powiodła mnie w sklepie ku różowej wersji, postanowiłam w Bielendy płyn zainwestować po raz drugi. I tym razem nie żałuję, a wręcz śmiem napisać, że jest to obecnie najlepszy jaki mam w domu (notabene już nie długo zrobię Wam porównanie trzech produktów do demakijażu oczu). Jeśli więc szukacie czegoś dobrego, a niedrogiego, przeznaczonego również dla oczu wrażliwych myślę, że spokojnie możecie po niego sięgnąć w drogerii. Dodatkowo płyn został wzbogacony kwasem hialuronowym i keratyną, więc fajnie nawilża, łagodzi podrażnienia i rewelacyjnie domywa wodoodporny makijaż. I nareszcie coś co nie wywołuje łzawienia, ani nieprzyjemnego pieczenia. A to plus i to ogromny, zwłaszcza dla osób posiadających wrażliwe oczy.
cena ok.10zł/125ml



BIELENDA MAKE-UP ACADEMIE PEARL BASE - perłowa baza pod makijaż

Nie będę Was tutaj przekonywała, aby tego typu produkty używać codziennie. W końcu jest to baza, a baza ma przygotować skórę pod kolejne etapy makijażu,a co za tym idzie? Ma wygładzić, wyrównać koloryt i...jest zazwyczaj tak napompowana silikonami, że codzienne używanie nie wchodzi w grę. Ale, dlaczego od czasu do czasu np.na jakieś wyjście nie poprawić co nieco? Nowość Bielendy to trzy warianty baz - pearl, lumiere i bronze. Zamknięte w szklanej buteleczce mieniące się perełki, niezależnie od wybranego wariantu mają nadać naszej skórze nieskazitelną gładkość i świeżość, poprawić koloryt i dodać blasku. Baza jest przyjemna w zastosowaniu, wystarczy nacisnąć dozownik i wydobyć odpowiednią ilość produktu. Po zaaplikowaniu pozostawia na skórze lekko śliską powłokę, która delikatnie wygładza nierówności. Nie zauważyłam, aby w jakiś znaczący sposób poprawiała koloryt, aczkolwiek rzeczywiście daje lekki efekt jakby świeżości. Myślę więc, że stosowana z umiarem i od święta nie wyrządzi większej krzywdy, a dodatkowym jej atutem jest wygląd wizualny, bo bądź co bądź przykuwa uwagę.
Cena 29.99zł/30gr



AA ETHNIC BEAUTY - sensoryczny balsam do ciała
Kolejny produkt w mojej łazience, który działa na każdy mój zmysł tym razem z nieco niższej półki cenowej. Mam obecnie drugie opakowanie i za każdym razem kiedy sięgam po ten balsam czuje się doskonale, a to za sprawą nie tylko dobroczynnych właściwości, ale też przyjemnego w odbiorze opakowania - niebieskiej mozaiki, która prowadzi mnie, aż do Maroka, a także cudownego zapachu i idealnej konsystencji. Dostępne są jeszcze dwa rodzaje rytuałów - Himalajski i Japoński, ja jednak stawiam po raz kolejny na słodki aromat wanilii, która w bardzo subtelny sposób otula skórę i pieści moje zmysły. A w połączeniu z masłem cupuacu, daje istną rozkosz użytkowania. Ku mojemu zaskoczeniu, po raz drugi spotkałam się z balsamem, który po wsmarowaniu w skórę, pozostawia ją jakby "mokrą" przez chwilę, tak było w przypadku lubianego przeze mnie białego Evree. "Mokry" film oczywiście po chwili się wchłania i skóra pozostaje przyjemnie miękka i nawilżona w dotyku.
Cena ok.16 zł/200ml



Znacie, któreś z powyższych pozycji? Dajcie znać czy lubicie je, czy jest wręcz przeciwnie :)

Na koniec wyniki rozdania SemilacSPA
Semilac tym razem miał branie :p
Zgłosiło się Was łącznie 56 osób, wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za udział w zabawie i wszem i wobec ogłaszam, że zestaw pielęgnacyjny leci do:

Magdaleny Urbańskiej z bloga    JOY OF JELLY

Gratuluję i zaraz wysyłam maila z prośbą o adres do wysyłki, a Was zapraszam na Urodzinowe tym razem rozdanie --> LINK

Buziaki :* 
&& Rozdanie z okazji 2 urodzin bloga &&

3/12/2017

&& Rozdanie z okazji 2 urodzin bloga &&

Rozmaitości powstały w chwili impulsu. Chociaż z zamiarem założenia bloga nosiłam się długo, ale za każdym razem kiedy otwierałam komputer z zamysłem utworzenia w końcu strony, przegrywałam w tej bitwie zaraz na wstępie. Sama nie wiedziałam na początku co chcę żeby tu się znalazło, czy na pewno chcę pisać tylko o kosmetykach, czy podołam z wszystkim, czy zostanę zaakceptowana. I ilekroć już byłam blisko tego kroku, rezygnowałam w chwili kiedy miałam wymyślić nazwę. Mogło być gorzej...mogłam nadać tej stronie nazwę iście głupkowatą, co by zwrócić na siebie uwagę, mogłam też wymyślić coś bardziej oryginalnego, co rzucałoby się od razu w oczy, ale pewnego dnia siedząc z kawą w dłoni, w końcu mnie olśniło. Rozmaitości Kosmetyczne - nazwa błaha, nie rzucająca się w oczy, mało krzykliwa i prosta w odbiorze. I chyba na tym mi zależało. Dziś po dwóch latach prowadzenia tego bloga, pomimo tak mało oryginalnej nazwy, czuję że dobrze zrobiłam nadając mu ją. Nie chcę krzyczeć, nie potrzebuję się na siłę wyróżniać, chcę być sobą, normalną i prostą kobietą, która zwyczajnie prowadzi bloga...był 12 kwietnia 2015 roku.
W ciągu tych dwóch lat, zdążyłam się tu zadomowić, poznałam wiele wspaniałych dziewczyn, z którymi mam ciągły kontakt. Kiedy zmuszona byłam zrobić przerwę, Wy-moje czytelniczki zostałyście ze mną, to dla mnie dużo znaczyło, bo wiedziałam, że mam po co tu wracać - Dziękuję Wam.
Przez te miesiące nauczyłam się dzięki Wam wielu ciekawych rzeczy-zaglądając na Wasze blogi i dowiadując się czasem czegoś nowego. Zorganizowałam (w końcu) spotkanie w Krakowie, dzięki któremu poznałam osobiście kilka z Was. I powiem Wam, że z chęcią bym je powtórzyła:)
Nie mówię, że było tylko ładnie i kolorowo, bo i nieprzyjemne sytuacje się zdarzyły, ale czy one są ważne patrząc przez pryzmat tych prawie 24 miesięcy? Skoro więcej było przyjemnych chwil, po co sobie tym zaprzątać głowę?
Sumując te dwa lata-na blogu pojawiło się łącznie 215 postów, Was przybyło w liczbie 486 obserwatorów (nie licząc tych którzy odeszli, bo np.nie wygrali) ,a licznik odwiedzin przekroczył magiczną setkę pod koniec stycznia. I za to Wam bardzo dziękuję:)

Nie przedłużając...W zeszłym roku nie udało mi się zorganizować urodzinowego rozdania, dlatego w tym roku, będą dwie nagrody, co oznacza, że podczas zgłoszenia - same wybieracie, co wolicie.

Pierwszą nagrodą jest jedna z ulubionych przeze mnie palet - Zoeva Cocoa Blend. Paleta, która odkąd ją mam praktycznie codziennie mi towarzyszy. Zestawienie ciepłych kolorów czekolady, trufli oraz nugat jest idealne do wykonania nie tylko dziennego, ale i wieczorowego makijażu. Do tego rewelacyjna trwałość cieni, stawia palety Zoevy na wysokim podium.
Drugą nagrodą jest zestaw pielęgnacyjny - Toner Benton, który w swoim składzie zawiera, aż 58% wyciągu z liści aloesu, dzięki czemu jest doskonałym nawilżaczem skóry. Dodatkowo łagodzi podrażnienia, a także niesie ukojenie. W zestawie znajdzie się również maska aloesowa w płachcie marki Skin79, która działa nawilżająco, ujędrniająco oraz regeneruje naskórek.

Przejdźmy zatem do najważniejszego.
W rozdaniu może wziąść udział każda osoba, która jest publicznym obserwatorem bloga (sprawdzam to zawsze), oraz która zaakceptuje poniższy regulamin i wypełni poniższy formularz odpowiadając na jedno pytanie - które kosmetyki są dla Ciebie ważniejsze, kolorowe czy pielęgnacyjne i dlaczego?
Będzie mi ogromnie miło jeśli polubicie również moja stronę Fb lub Instagram, albo udostępnicie dalej baner/post z informacją, aczkolwiek nie jest to warunek konieczny.

Rozdanie trwa od dziś tj. 12.03.2017 do 12.04.2017 do godziny 23:59

Facebook > LINK
Instagram > LINK

Baner do pobrania:



Formularz zgłoszeniowy:


Zapraszam do zabawy i trzymam kciuki za Was :)
A już jutro podam wyniki rozdania SemilacSPA :)

Buziaki :*

Regulamin:
1. Organizatorem oraz sponsorem nagród jest właściciel bloga rozmaitoscikosmetycznych.
2. Wszystkie produkty są nowe, nieużywane.
3. Konkurs trwa od dziś tj.12.03.2017 do 12.04.2017 do godziny 23:59
4. W konkursie może wziąć udział każdy kto jest publicznym obserwatorem bloga oraz odpowie na pytanie konkursowe.

5. Uczestnik nie ponosi żadnych kosztów dostawy (w pełni pokrywam koszt wysyłki) , paczkę wysyłam tylko na terenie Polski.
6. W rozdaniu wygrywają dwie osoby..
7. Wyniki zostaną opublikowane w ciągu 3 dni od zakończenia konkursu.
8. Zwycięzcy mają 3 dni na przesłanie mi swoich danych abym mogła zrealizować wysyłkę nagrody, jeśli w tym czasie nie zgłosi się któraś z osób - nagroda przepada, zostaje wybrana przez komisję kolejna osoba wśród zgłoszonych.
10. Nagrodę wysyłam do 3 dni od otrzymania niezbędnych danych od zwycięzcy.
11. Organizator oświadcza, że konkurs nie jest loterią fantową, zakładem wzajemnym ani loterią promocyjną, których wynik zależy od przypadku w rozumieniu Art. 2 ustawy z dnia 29 lipca 1992 r. o grach losowych i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.) oraz zamieszczając komentarz, Uczestnik zgadza się z warunkami Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie danych osobowych (Dz. U.Nr 133 poz 883).
12. Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu w wyjątkowych nie zależnych ode mnie sytuacjach.
&& Domowy Mauritius z Orentem w tle, czyli Spa Resort Dr.Ireny Eris &&

3/12/2017

&& Domowy Mauritius z Orentem w tle, czyli Spa Resort Dr.Ireny Eris &&

Gdyby się mnie ktoś zapytał jakie produkty pielęgnacyjne do ciała uwielbiam najbardziej nawet przez chwilę nie zastanawiałabym się nad odpowiedzią. Te z Was które śledzą mojego bloga od dawna, wiedzą doskonale jak wielką miłością pałam do wszelkiego rodzajów peelingów do ciała i olejków. Nie ma nic przyjemniejszego niż przed kąpielą/prysznicem lekko zwilżone ciało potraktować garścią dobrego zdzieraka, a potem na jeszcze mokrą skórę nałożyć odprężający, pięknie pachnący olejek i poczekać, aż skóra wyschnie wchłaniając tłustą powłokę. Jestem wtedy w niebie, a rozkoszna przyjemność jak dla mnie może trwać wieki.
Kolorowy, mieniący się całą feerią barw świat orientu pochłania mnie całkowicie, moja wyobraźnia pomału przemierza przez magiczny świat pełen olejków i wiedziona zapachem kakaowca rozpływam się pod jego słodkim aromatem. Potem moje zmysły biegną ku lazurowej wodzie, palmom kokosowym i egzotycznej roślinności, jakże różnobarwnej i zachwycającej. Otulona słodkim, lekko mdłym zapachem awokado chcę tam pozostać i najlepiej już nigdy nie wracać. Zostajecie ze mną?



W OBJĘCIACH ORIENTU
Moja podróż zaprowadzi Was do krajów dalekiego wschodu. Krajów przepełnionych pięknymi arabeskami, barwną mozaiką i ogromem różnorakich olejków aromatycznych. A przy tym wszystkim pozostaniemy w domowym zaciszu. Chociaż powinnam tu dodać słowo - niestety.
Dr. Irena Eris jakiś czas temu wypuściła na rynek kolejne nowości z serii SPA Resort. Wśród nich zaproponowała właśnie m.in. rejony dalekiego Wschodu. Seria Orient, na którą składają się dwa produkty - relaksujący peeling cukrowy o którym dziś Wam napiszę oraz arachidowy balsam ujędrniający, to seria sensualnych uniesień, przepełniona aromatem orientalnych olejków, wykończona bogactwem zmysłów w postaci barwnych opakowań.
Po otwarciu peelingu wpierw zostaje zaspokojony zmysł węchu. Słodki zapach kakaowca pomału rozchodzi się po całej łazience, w połączeniu z parą z ciepłej wody podwaja swoją siłę, staje się mocny i rozkoszny. Konsystencja peelingu przywodzi na myśl galaretkę - jest przyjemna w dotyku, lekko śliska. W jej głębi zatopiono drobiny z ziaren kakaowca, które wraz z pierwszym zbliżeniem do skóry, zaczynają pod naszymi dłońmi subtelnie masować ciało. Dzięki zawartości w peelingu olejków, masaż jest rozkoszny i przyjemny, a sam peeling gładko sunie po ciele. Rozbudza zmysły, wywołuje przyjemne ciepło i daje chwilę zapomnienia. Nasza skóra staje się gładka w dotyku, nawilżona i otulona słodkawym zapachem kakao. Mogłabym pozostać w tym miejscu.




Prócz rozkosznych chwil, peeling ma właściwości nawilżające, wygładzające, odżywcze a także oczyszczające. Zamknięty w kolorowym, okrągłym opakowaniu, ozdobiony barwną arabeską orientu dodatkowo pobudza zmysły. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Jest idealny...

NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA MAURITIUS
A gdyby tak oddalić się nieco od zmysłowego orientu i zanurzyć się w lazurowym oceanie, na malowniczej wyspie zwanej Mauritius? Zatopić się w aromacie palm kokosowych, herbaty, a leżąc na hamaku podziwiać barwny egzotyczny krajobraz? Oj chyba nikt mi nie powie, że nie chciałby się znaleźć teraz u wybrzeży Oceanu Indyjskiego. Zwłaszcza patrząc za okno, gdzie szarość pomału okala wszystko dookoła. To co lecimy?



W zeszłym roku do zacnego grona serii SPA Resort Dr. Irena Eris dołączyła kolejna-inspirowana egzotycznym zakamarkiem zwana Mauritius. Na serię składały się trzy produkty - nawilżający balsam-żel do ciała z pomarańczą, energizujący mus peelingujący oraz odżywczy tropikalny olejek. Nie byłabym sobą gdybym nie sięgnęła po ostatnią pozycję.
Po aromatycznej kąpieli ze słodkim masażem czas przenieść się na plażę, gdzie w cieniu palm możemy oddać się rozkosznemu lenistwu. Mieszanka olejków awokado i karotki w połączeniu z aromatem soczystego mango i cytrusową nutą, pobudza nasze zmysły. Z każdym ruchem dłoni zbliżam się ku pięknej piaszczystej plaży. Słyszę szum fal, które lekko odbijają się od brzegu, słyszę szelest liści palmowych smaganych poranną bryzą, słyszę szept wiatru co unosi w powietrzu aromat świeżo zebranego tytoniu i pomarańczy. Jest cudownie, jest ciepło i rozkosznie. Otulona promieniami słońca, chcę by ten sen na jawie trwał i trwał....



Ech...trzeba jednak pozostać przy realiach...olejek sprawia, że moja skóra jest odpowiednio nawilżona, odżywiona i aksamitna w dotyku. Zapach choć słodki, nie należy do tych mdłych, i kiedy otwieram oczy, a mój sen o idyllicznej wyspie pryska niczym bańka mydlana, moje zmysły wciąż są rozkosznie pobudzone.
Olejek zamknięty został w plastikowej butelce z atomizerem, który działa bez zarzutu. Nie należy do tych ciężkich, jest lekki i w cudowny sposób się wchłania. Nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy. Wzbogacony został witaminami C i E, dzięki którym pozwala zatrzymać zdrowy i młody wygląd. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry.
Cóż więc mogę napisać...kolejny ideał..., a oba produkty pochłonęły mnie całą...

Wszystkie produkty z gamy SPA RESORT dr. Ireny Eris możecie kupić w sieciach sklepów Douglas --> SKLEP
Peeling: 79zł/200ml
Olejek: 65zł/200ml

Mam nadzieję, że choć trochu poczuliście tą magiczną moc tajemniczego orientu, albo szelest liści palmowych na Mauritiusie :)
Znacie te produkty?

Buziaki:*
I do zobaczenia za chwilę - czas ruszyć z rozdaniem urodzinowym :)

&& RAU COSMETICS - BETA GLUCAN EYE PADS, TONIC ALCOHOL FREE, COLLAGEN & HYALURONIC ACID MASK oraz niespodzianka &&

3/11/2017

&& RAU COSMETICS - BETA GLUCAN EYE PADS, TONIC ALCOHOL FREE, COLLAGEN & HYALURONIC ACID MASK oraz niespodzianka &&

Mam grupę kosmetyków po które często sięgam. Są to zazwyczaj też te same marki, sprawdzone i lubiane przeze mnie, ale też jak każda z nas, lubię kiedy w mojej łazience pojawia się nowość. Marka mniej znana, albo znana tylko ze słyszenia. Taką marką okazała się niemiecka produkcja kosmetyków Rau. I jak za niemieckimi sąsiadami nie przepadam, tak moja ciekawość skierowana na te produkty wygrała. Nie będę tu roztrząsać skąd ta niechęć, ani rozprawiać nad historią nam znaną wszem i wobec, ale z chęcią napiszę Wam dziś o trzech produktach tej marki, z którymi bądź co bądź się polubiłam. A na końcu czeka na Was niespodzianka.
RAU Cosmetics to młode jeszcze stosunkowo dziecię, mające niespełna lat osiem. W 2009 roku powstał pomysł stworzenia kosmetyków pielęgnacyjnych pozbawionych w składzie olejów mineralnych oraz parabenów, a także możliwe jak największe ograniczenie dodatków tj. silikony, barwniki czy PEG-y. Marka postawiła sobie za zadanie stworzenie produktów dobrych jakościowo za przystępną cenę, przy wykorzystaniu w większej mierze składników naturalnych (spis wszystkich składników w oparciu o które są produkowane kosmetyki Rau znaleźć można w zakładce na stronie pod nazwą Leksykon Składników - TUTAJ ). W asortymencie znajdziemy dość bogaty wybór produktów do ciała i twarzy. Dodatkowo kupujący, zostaje miło zaskoczony nie tylko schludnym i miłym w odbiorze minimalistycznym wyglądem, ale też rewelacyjną obsługą, która pomoże wybrać odpowiednie do naszych potrzeb produkty.



TONIC ALCOHOL-FREE
O tym, że uwielbiam toniki bardziej, aniżeli micele już nie raz wspominałam. Dlatego kiedy zobaczyłam tonik Rau, nie powiem oczy mi się zaświeciły. Dodatkowo napis na opakowaniu informujący o braku alkoholu w składzie tym bardziej przyśpieszył bicie serca.
Wg.opisu producenta tonik ma właściwości odświeżające, a także nawilżające. W składzie znajdziemy m.in. ekstrakt z pokrzywy oraz kwas mlekowy. Przeznaczony jest do skóry wrażliwej i bardzo suchej, a także z niedoskonałościami. Zamknięty w półmatowej, plastikowej butelce o pojemności 200ml, zamykanej zakręcanym korkiem. Wystarczy przechylić butelkę i zaaplikować odpowiednią ilość ilość na płatek kosmetyczny, dzięki niedużej dziurce spokojnie unikniemy rozlania. Wizualnie nie muszę chyba go opisywać, wygląda bardzo ładnie w otoczce minimalizmu. Notabene wszystkie produkty Rau utrzymane są w biało-czarnych tonach, co mnie niezmiernie cieszy.



Sam tonik ma barwę lekko żółtawą. Jest jak na tonik przystało rzadki i wodnisty. Posiada przyjemny świeży i orzeźwiający zapach. Tonik zaczęłam używać odkąd przywlokłam go po spotkaniu do domu. Nie ukrywam, że z wszystkich trzech produktów, które dostałyśmy akurat jego ciekawa byłam najbardziej.
Zaskoczenie? Rozczarowanie? Nic z tych rzeczy, już od pierwszego użycia okazał się bardzo przyjemnym kosmetykiem. Po aplikacji czuć, że skóra jest rzeczywiście odświeżona. A dodatkowo na chwilę otulona przyjemnym zapachem toniku( i tu niestety będę zmuszona się przyczepić do jednej rzeczy - w składzie znajdziemy niestety cztery substancje zapachowe, które mogą, ale nie muszą uczulić. Osobiście mam wrażliwą skórę i nie wywołał u mnie podrażnień, aczkolwiek wolę Wam wspomnieć o tym fakcie).Dodatkowo w widoczny sposób daje efekt nawilżenia. Może nie jest idealny w domywaniu makijażu, aczkolwiek nie wymagam takich właściwości od tego typu kosmetyków, tym bardziej, że twarz tonizuję praktycznie na koniec demakijażu, a więc już po zmyciu wszelkich specyfików kolorowych.
Ogółem bardzo go polubiłam. I chętnie kiedyś do niego wrócę jeszcze. Nie uczulił, nie podrażnił, w przyjemny sposób zadbał o moją twarz, czego więc chcieć więcej?
Cena toniku to 64zł/200ml

Składniki INCI:
AQUA (WATER), POLYSORBATE 20, PROPYLENE GLYCOL, URTICA DIOICA (NETTLE) LEAF EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, LACTIC ACID, GLUCOSE, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, PHENOXYETHANOL, PARFUM (FRAGRANCE), HYDROXYCITRONELLAL, BENZYL SALICYLATE, COUMARIN, HYDROXYISOHEXYL 3-CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, LINALOOL, HEXYL CINNAMAL





RAU BETA GLUCAN MOISTURIZING EYE PADS & RAU COLLAGEN & HYALURONIC ACID MASK
Czyli nawilżająco-chłodzące płatki pod oczy i maska w płachcie. Tutaj sytuacja wygląda nieco inaczej. Jak o toniku mogłam się rozpisać więcej, tak przy ostatnich dwóch pozycjach, czyli płatkach pod oczy i masce w płachcie, będę mogła raczej wyrazić swoje pierwsze wrażenie, aniżeli napisać recenzję. Choć nie ukrywam, że oba produkty przypadły mi do gustu, a moja decyzja jest spowodowana posiadaną ilością sztuk po jednym opakowaniu.



Płatki nawilżająco-chłodzące pod oczy zaciekawiły mnie już swoim wyglądem. Zwykle tego typu produkty mają kształt przeznaczony do stosowania pod oczy. Tutaj jednak są jakby podwójne, z jednej strony nacięte, przypominają mi "języczki", a więc takim  płatkiem "okalamy" oko dookoła. Jest to fajne rozwiązanie i dość ciekawe. Płatki są dość mocno nasączone płynem nawilżającym, w składzie którego znajdziemy m.in. ekstrakt z aloesu i korzenia lukrecji. Ich zadaniem jest optymalne nawilżenie skóry wokół oczu, a także odżywienie i zregenerowanie delikatnego naskórka dzięki beta glukanowi i obecności pantenolu. Płatki dodatkowo działają kojąco na uszkodzony naskórek.



Miałam sztuk dwie w jednym opakowaniu, więc nie mogę zbyt wiele o nich powiedzieć. Trzymałam je przed nałożeniem około 15 minut w lodówce i rzeczywiście efekt chłodzenia dało się odczuć. Nie wiem tylko czy było to spowodowane pobytem w lodówce, czy płatki rzeczywiście chłodzą. Tak czy inaczej, po ściągnięciu ich, dało się odczuć lekkie nawilżenie skóry, a obrzęk jakby nieco złagodniał. Należy wspomnieć też, że płatki nie ześlizgiwały się ze skóry i dobrze do niej przylegały. Jednak jeśli chodzi o właściwości odżywcze i naprawcze niestety Wam nie powiem czy występują. Myślę, że należałoby zużyć kilka opakowań, aby to określić.
Płatki dostępne są w pojedynczych opakowaniach lub w większej formie pakowane po 8 par. Cena pojedynczego opakowania to 29zł/12ml, natomiast dużej paczki to wydatek z rzędu 179zł/96ml.

Składniki INCI:
AQUA, GLYCERIN, BUTYLENE GLYCOL, PROPYLENE GLYCOL, BETAGLUCAN, PANTHENOL, HYDROXYETHYLCELLULOSE, PENTYLENE GLYCOL, GLYCYRRHIZA GLABRA ROOT EXTRACT, HYDROLYZED COLLAGEN, ALOE BARBADENSIS LEAF EXTRACT, DEHYDROACETIC ACID & BENZYL ALCOHOL, SODIUM BENZOATE, CARBOMER, XANTHAN GUM, DISODIUM EDTA, POLYSORBATE 20, POTASSIUM HYDROXIDE, MENTHONE GLYCERIN ACETAL, PARFUM


Jeśli chodzi o maskę w płachcie, sytuacja jest podobna. Miałam tylko jedno opakowanie, więc mogę tylko wstępnie wyrazić swoją opinię na jej temat.



Maska znajduje się w foliowym jednorazowym opakowaniu. Wykonana jest z przyjemnej, miękkiej jedwabistej tkaniny nasączonej dość mocno płynem, w którym znajduje się wysokie stężenie kwasu hialuronowego i kolagenowego, a także składniki tj. alantoina, rumianek, aloes czy pantenol. Wg. tego co obiecuje producent maska już po pierwszym użyciu daje efekt odmłodzenia, oraz wyraźnie redukuje zmarszczki, a także ją nawilża. Czy jednak tak po pierwszej aplikacji stałam się nagle 10 lat młodsza? Ano nie niestety. Owszem skóra była nawilżona, ba nawet powiem szczerze nie potrzebowała dodatkowych specyfików po ściągnięciu płachty, aczkolwiek nie zauważyłam, aby moje zmarszczki chociaż lekko zostały zredukowane, a twarz stała się gładsza. Maska fajnie przylgnęła do twarzy, jest dość spora więc można ją dobrze rozciągnąć na powierzchni skóry, tak aby dopasować ją do naturalnego kształtu. Nie zsuwała się, pomimo dość mocnego nasączenia. Producent zaleca trzymać maskę ok.20-30 minut.
Niestety tak samo jak w przypadku płatków pod oczy myślę, że najlepsze efekty i co ważne-widoczne, byłyby dopiero po zastosowaniu przynajmniej kilku opakowań.
Cena pojedynczego opakowania to 17zł. Opakowanie 10 szt kosztuje 139zł.

Składniki INCI:
AQUA (WATER), GLYCERIN, BUTYLENE GLYCOL, BETAINE, ALOE BARBADENSIS LEAF EXTRACT, COLLAGEN, ALLANTOIN, ANTHEMIS NOBILIS FLOWER EXTRACT, PANTHENOL, SODIUM HYALURONATE, CREATINE, TAURINE, DEHYDROACETIC ACID, CARBOMER, SODIUM BENZOATE, DISODIUM EDTA, DMDM HYDANTOIN, POTASSIUM HYDROXIDE, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, PARFUM (FRAGRANCE), BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL


Podsumowując z tonikiem polubiłam się bardzo, odpowiada mi jego konsystencja oraz właściwości, a także fakt, że mnie nie zapycha. Jeśli z kolei chodzi o maskę i płatki, może się skuszę na większą ilość. Żaden z powyższych produktów mnie nie uczulił, nie wywołał podrażnienia ani innych reakcji. Tak więc oceniam je naprawdę wysoko. Wszystkie z powyższych produktów skierowane są raczej dla osób powyżej 25 roku.
Produkty Rau dostępne są na oficjalnej stronie producenta --> SKLEP .
Co sądzicie o niemieckiej marce Rau Cosmetics?  Jestem ciekawa Waszego zdania, miałyście coś tej marki? Jeśli nie, a jesteście ich ciekawe i macie ochotę na taki zestaw zapraszam na facebook gdzie właśnie ruszył konkurs z marką Rau ---> KONKURS Z RAU COSMETICS

A Wam zdradzę jeszcze tylko, że za miesiąc blog będzie obchodził drugie urodziny i w związku z tym ruszy jutro nowe rozdanie, w którym do zgarnięcia będą dwie nagrody :)
Buziaki:* i miłego dnia :)
&& Upominki ze spotkania Blogerek w Krakowie cz.2 &&

3/10/2017

&& Upominki ze spotkania Blogerek w Krakowie cz.2 &&

O ja niedobra! Pisząc podsumowanie lutego, okazało się, że przecież nie opublikowałam części drugiej ze spotkania Blogerek w Krakowie, czyli części z upominkami. Nie wiem kiedy zleciał luty i zwyczajnie brakło mi na ten post czasu, ale już śpieszę nadrobić zaległości. Dziś więc nie rozgaduję się zbytnio, a Was zapraszam na ostatnią fotograficzną część :)



W spotkaniu wzięło w sumie 7 firm, w tym również portal FACE&LOOK . I to od niego właśnie zacznę. Od F&F trafiły do nas boxy z kosmetykami marki Dermedic. Wewnątrz boxów znajdowały się produkty przeznaczone do pielęgnacji cery tłustej/mieszanej. Był to płyn micelarny, serum oraz preparat punktowy.



Marka BELL postanowiła zaopatrzyć nas w większy zestaw kosmetyków kolorowych, który widać na pierwszym zdjęciu. Znalazły się w nim pomadki, puder, tusz do rzęs, a także cień w kredce. Osobiście mam już dwóch swoich ulubieńców wśród nich.








Towarzyszyła nam również marka OILLAN
Z produktów które otrzymałyśmy jestem bardzo ciekawa hydro-aktywnego kremu do twarzy.



IVA NATURA postanowiła zrobić nam niespodziankę i wysłała nam produkty-niespodzianki. Ja trafiłam na żel pod prysznic. Ale dziewczyny mogły też trafić krem pod oczy czy np. do stóp, wszystko przyszło opakowane w brązowy papier, i dodatkowo owinięte ładnie w niebieską wstążkę, stąd nie wiedziałyśmy do końca co skrywa papier :)



BEAUTY OIL obdarzyło nas kremami do twarzy nawilżająco-ochronnymi na dzień. Marka mi w ogóle nieznana, ale ostatnio dość głośno o niej, więc z chęcią przetestuję krem.



Na koniec moja wisienka na torcie - marka RAU COSMETICS POLAND . Zostawiłam ją na koniec, gdyż już jutro pojawi się post z tą właśnie marką, a prócz tego będzie dla Was niespodzianka związana z tymi produktami. W paczkach znalazłyśmy tonik oraz maskę do twarzy i płatki pod oczy. I zdradzę Wam tylko, że z wszystkich trzech jestem bardzo zadowolona. Ale o tym jutro :)






Dziękujemy :)
Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne