&& Dr.Irena Eris Spa Resort Fiji, czyli trochę egzotyki w domowym SPA &&

5/22/2017

&& Dr.Irena Eris Spa Resort Fiji, czyli trochę egzotyki w domowym SPA &&

Po prawie tygodniowej przerwie pora wrócić z kolejną dawką nowości, recenzji i oczywiście najgorętszego tematu minionego weekendu - relacji nie tylko fotograficznej z Konferencji Meet Beauty. Miałam tą przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu i pomimo kilku wpadek powiedzmy logistycznych mogę śmiało napisać - warto było tam być, ale o tym na dniach :) Dziś za to przeniesiemy się wraz z nowościami marki Dr.Ireny Eris na pełną barwnych raf koralowych wyspę Fiji która ujmuje nie tylko wyglądem, ale i pięknym dla naszych zmysłów zapachem. Przed Wami Spa Resort Fiji - Wygładzający peeling do ciała i Odżywczy balsam - nektar do ciała. Miłej lektury.


Oba produkty to nowość na liście marki. Wyróżnia je piękna utrzymana w niebiesko-lazurowo-turkusowych tonach szata graficzna. Spa Resort Fiji to kolejna propozycja kosmetyków inspirowana najodleglejszymi zakątkami świata. Lazurowe wybrzeża, przepełnione kolorem rafy koralowe i wiecznie zielone lasy tropikalne dały początek tymże nowościom. Dobre składy w tym aktywny składnik zwany "rajskim ptakiem", pozwolą nam w domowym zaciszu odpowiednio zadbać o nasze ciało, a przy okazji rozpieszczą każdy ze zmysłów. Dzięki nim stworzymy w naszej łazience domowe Spa - naszą małą wyspę zwaną Fiji...


WYGŁADZAJĄCY PEELING DO CIAŁA
Peeling do ciała znajdujemy jak każdy z dostępnych w ofercie produktów w papierowym kartoniku. Wewnątrz znajdziemy z kolei dużą, wykonaną z grubego aczkolwiek miękkiego plastiku tubę, zamykaną zakręcaną zakrętką. Nie ma więc żadnego problemu z aplikowaniem kosmetyku. Konsystencja peelingu jest kremowa, dość gęsta. Wewnątrz znajdziemy widoczne gołym okiem peelingujące drobinki. Pomimo tego, iż nie jest to typowy mocny zdzierak, całkiem nieźle radzi sobie z oczyszczaniem skóry, a dzięki kremowej konsystencji dodatkowo nawilża ją. Będzie idealnym rozwiązaniem dla osób posiadających skórę suchą, wrażliwą, aczkolwiek miłośniczki mocnych zdzieraków również nie będą zawiedzione. Zapach peelingu jest delikatny, przyjemny, a zarazem czuć w nim lekką nutę tropikalnej słodyczy pomieszanej z kwaskiem drzew cytrusowych.
Moje pierwsze wrażenia po użyciu kilkukrotnie peelingu są więc jak najbardziej pozytywne. Od dłuższego czasu używałam mocnych zdzieraków, więc ten kremowy cudak stał się jakoby dla nich lekką odmianą, którą moja skóra przyjęła bardzo dobrze. Peeling prócz właściwości wygładzających i nawilżających oraz pomimo swojej kremowej lekkości bardzo ładnie oczyszcza i złuszcza skórę. Nie pozostawia lepkiej, ani tłustej warstwy. Po takim masażu ciało staje się przyjemnie miękkie w dotyku, gładkie i delikatne, a dodatkowo otulone zostaje orzeźwiającym zapachem.
Producent zaleca nakładać peeling na lekko zwilżoną skórę, następnie kolistymi ruchami wykonywać masaż ciała.
Cena 79zł/200ml


ODŻYWCZY BALSAM-NEKTAR DO CIAŁA
Balsam do ciała został zamknięty w okrągłym dość sporym, plastikowym opakowaniu, zamykanym dużą, srebrną zakrętką. Prócz tego oczywiście zabezpieczony został kartonikiem. Aplikacja więc jest bardzo łatwa i przebiega bezproblemowo. Konsystencja produktu nie jest jednak typowa dla balsamu, ale również nie jest typowym ciężkim masłem. Jest ona pomiędzy jednym, a drugim. Można więc rzec, że jest nie za gęsta, ani nie za rzadka - wprost idealna. Pierwsze wrażenie więc może nas zmylić, dopiero po nabraniu nektaru na palce wyraźnie daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z cudownie delikatną mazią. Balsam bardzo ładnie i szybko się wchłania pozostawiając przyjemną w dotyku skórę. Nie pozostawia klejącego filmu. Zapach jego to tak samo jak w powyższym peelingu wyczuwalne słodkie tony z nutą kwasowości, które w przyjemny sposób działają orzeźwiająco.
I tu tak samo moje pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Kosmetyk pomimo swojej lekkości, posiada rewelacyjne odżywcze właściwości. Zaraz po nasmarowaniu nim ciała skóra staje się wyczuwalnie nawilżona, gładsza i miękka. Jak już wspomniałam dość szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu. Po wchłonięciu się balsamu jeszcze długo utrzymuje się na skórze jego piękny zapach. Muszę przyznać, że jest to jeden z lepszych kosmetyków do ciała jaki mam przyjemność stosować i póki co jestem nim zachwycona.
Cena 89zł/200ml


Podsumowując obie nowości jak na razie spisują się bardzo dobrze. Zarówno pod względem zapachowym jak i graficznym idealnie wpasowują się w moje gusta. Opakowania wyglądają pięknie, zdobiąc łazienkową półkę. Jeśli chodzi o właściwości obu produktów, póki co mnie nie zawiodły, a wręcz przeciwnie z balsamem polubiłam się praktycznie od pierwszej aplikacji. Peeling również spisuje się rewelacyjnie. Osobiście jestem ogromną fanką marki Dr.Irena Eris odkąd trafił w moje ręce w zeszłym roku balsam do ciała z serii Spa Resort Japan który zauroczył mnie aromatem japońskiej wiśni. Potem kolejnym ulubieńcem stał się olejek do ciała Mauritius. Teraz wszystko wskazuje na to, iż nektar Fiji do ciała również usytuuje się na wysokim podium.
Wszystkie produkty z nowej gamy dostępne są w sieciach perfumerii Douglas lub na oficjalnej stronie marki Dr.Irena Eris .

Jak Wam się podobają nowości? Prawda, że już same opakowania powodują przyśpieszone bicie serducha? Mnie osobiście zauroczyły dość mocno. A może macie już któryś z powyższych?
Buziaki :*
&& Vitamin Energy C+D pro, czyli witaminowa bomba od Lirene &&

5/16/2017

&& Vitamin Energy C+D pro, czyli witaminowa bomba od Lirene &&

Jakiś czas temu w moje czeluście zasobów kosmetycznych dołączyła bomba witaminowa marki Lirene. Oczywiście niewiele myśląc, pomimo otwartych innych produktów, zaciekawiona ich wyglądem zabrałam się testowanie ich. Kusiły pomarańczowymi opakowaniami i zawartością witaminy C i D, które jak wiadomo znane są ze swoich dobroczynnych właściwości. Ale czy piękny wygląd zewnętrzny szedł w parze z dobrym działaniem? I czy są godne polecenia? Tego dowiecie się dzisiaj. Przed Wami nowość na rynku  C+Dpro Vitamin Energy Lirene.


GRASZ W POMARAŃCZ?
Od producenta: "Skóra po 30. roku życia wymaga wsparcia energetycznego aby skutecznie walczyć z czynnikami wywołującymi procesy starzenia. Lirene C+ Dpro Vitamin Energy to nowoczesna linia kosmetyków stworzona przez Ekspertki Laboratorium Naukowego Lirene. Dzięki potrójnemu kompleksowi witamin C + Dpro + E, działa odmładzająco i wzmacniająco, skutecznie chroniąc DNA komórek i walcząc z pierwszymi oznakami starzenia."

Cała seria utrzymana jest w pomarańczowych kolorach z domieszką białego i perłowego odcienia. Znajdziemy w niej dwa kremy: odżywczy, głęboko nawilżający na dzień i na noc, nawilżający żel-krem rozświetlający również przeznaczony na dzień i na noc, skoncentrowane serum na noc i żel do mycia. Ceny produktów wahają się od ok.13zł za żel do ok.28zł za serum. Dostępne na ofcjalnej stronie producenta, lub w wybranych drogeriach stacjonarnych jak Rossman czy Hebe.


ŻEL MYJĄCO-ENERGETYZUJĄCY (każdy typ cery)
Na pierwszy odstrzał pójdzie więc żel. Został on zamknięty w wysokiej charakterystycznej dla marki, plastikowej butelce. Niestety nie ma dozownika, jest zamykany zatyczką na klik. I tu niestety pojawia się problem z wydobywaniem go - butelka jest wykonana z dość twardego tworzywa co wcale nie ułatwia aplikacji, dodatkowo myślę, że o wiele lepiej byłoby gdyby został zaopatrzony w pompkę, ominęłoby to całą zabawę z odwracaniem butelki.
Konsystencja żelu jest gęstawa, lekko klejąca o żółtawo-pomarańczowym zabarwieniu, wewnątrz którego znajdują się charakterystyczne dla całej serii mikrogranulki. Duży plus za jego zapach, który jest świeży, cytrusowy i działa naprawdę energetyzująco na zmysły. Stąd też częściej po niego sięgałam rano, aby odświeżyć nieco twarz.
Niestety pomijając jego walory wizualne do samego żelu muszę się przyczepić. I nie chodzi o odpowiednie domywanie, bo z tym radził sobie nieźle, ale patrząc na skład zamiast uśmiechu pojawiało się rozgoryczenie. Wysoko na drugim miejscu znalazł się SLS, i jak przy produktach do ciała nie mam nic do niego, tak przy produktach przeznaczonych do pielęgnacji twarzy już tak. Zaraz po SLS znajdziemy również kolejny środek, który uznawany jest za lekko drażniący - Cocamidopropyl Betaine, w kolejności jest Acrylates Copolymer i Triethanolamine. Ten ostatni dozwolony jest w kosmetykach w ograniczonych ilościach. Oczywiście nie brakuje również konserwantów, barwników i składników zapachowych.
Sam żel w sobie mnie osobiście nie podrażnił, ani nie wywołał u mnie alergii. Ale niestety przez zawarte w składzie mocne substancje myjące dość mocno zaczął przesuszać mi skórę. Ograniczyłam więc jego stosowanie do porannej higieny i to też nie codziennie, a na przemian z olejkiem. Żel po myciu pozostawia napiętą skórę twarzy, nie posiada właściwości nawilżających ani łagodzących. Należy raczej do tych mocniejszych produktów. Śmiem jednak twierdzić, że mógłby sobie fajnie radzić z cerą tłustą/mieszaną, o ile nie wywołał by dodatkowego zapychania lub podrażnienia. Dla cery suchej/wrażliwej niestety nie jest dobrym wyborem.


SKONCENTROWANE STIMUSERUM NA NOC (rozświetlenie i wygładzenie)
Kolejnym produktem jest serum przeznaczone na noc. Produkt, który od początku zaciekawił mnie najbardziej. Lubię sera do twarzy ogólnie i często po nie sięgam. Tu w jego przypadku dodatkowo kusiły zawarte w składzie stężenia witaminy C+D+E. W przeciwieństwie do żelu, serum dało się polubić nieco bardziej, chociaż i tutaj w składzie znajdziemy  niezbyt przychylne składniki.
Serum jak i kremy z tej serii zostało ulokowane dodatkowo w kartonik. Wewnątrz znajdujemy natomiast wykonaną z grubszego szkła butelkę z zatyczką. Dodatkowo zostało wyposażone w ułatwiającą aplikację pompkę. I wszystko byłoby fajne, gdyby nie fakt, że pompka ta ciężko chodzi, czasem się zacina i niestety odkręca. Musiało minąć pół opakowania, żeby zaczęła chodzić w miarę, bez zarzutu chociaż nadal jest coś nie tak bo czasem się odkręca. Być może trafiłam na jakieś trefne opakowanie, mam więc nadzieję, że u innych tak się nie dzieje.
Jeśli chodzi o listę składników ogromnym plusem jest zawarty na drugim miejscu zaraz po wodzie - Propanediol(humektant), jest to w 100% naturalna substancja nawilżająca pozyskiwana z ziaren kukurydzy. Nie zawiera w sobie konserwantów, ani pochodnych ropy naftowej. Zaraz po nim znajdujemy Alkohol Denat o działaniu ściągającym, przeciwbakteryjnym i wysuszającym. Miejsce czwarte zajmuje Triethanolamine, a więc znów wysoko w składzie. Po nim Carbomer (zagęszczacz), PPG -26 Buteth 26 i niestety PEG 40, który teoretycznie nie wywołuje podrażnień, ale wzmaga działanie uczulające innych składników. Praktycznie listę złych składników kończy Disodium EDTA. Potem już jest tylko lepiej. Listę kończą konserwanty, barwniki i substancje zapachowe.
Jak sami widzicie skład nie jest za wspaniały, jego początek prócz jednego naturalnego humektanta, wcale nie zadowala, a jednak serum dało się polubić. Ma lekko żelową, żółtawą konsystencję, w której znajdują się mikrogranulki z witaminą E, które wchłaniają się zaraz po rozprowadzeniu sera na skórze. Serum szybko się wchłania, pozostawiając na skórze delikatny, lekko klejący się filtr, który dość szybko znika. Po czym skóra nabiera gładkości. Oczywiście jak w przypadku żelu, ma przepiękny cytrusowy zapach. Przeznaczony do stosowania na noc, po uprzednim wsmarowaniu kremu pod oczy. Po nałożeniu serum można wsmarować krem.
Nie podrażnił mnie, nie wywołał alergii, ale kiedy za wysoko wyjechałam nim w okolice oczu niestety wywoływał łzawienie. Czasem również (lecz nie codziennie) powodował chwilowe, nieprzyjemne pieczeni, które nie wiem do dziś skąd wynikało.


ODŻYWCZY KREM GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCY (cera sucha i wrażliwa)
Z całej trójki polubiłam go najbardziej. Krem został zamknięty w wykonanym z grubszego plastiku opakowaniu, zamykanym srebrną zakrętką. Konsystencja kremu jest lekka o delikatnie pomarańczowym zabarwieniu. Jak w przypadku pozostałych produktów z tej serii znajdziemy w nim mikrogranulki z witaminą E. Zapach jak w powyższych - lekko cytrusowy, orzeźwiający, naprawdę przyjemny. Krem przeznaczony jest zarówno na dzień jak i na noc. Idealnie sprawdza się jako baza pod makijaż. Szybko się wchłania i pozostawia przyjemną w dotyku skórę.
Skład po raz kolejny nie do końca jest zadowalający. Zaraz na początku występują emolienty zarówno suche jak i tłuste, jednakże nie są one szkodliwe, mogą być jedynie komedogenne (jak np. cetyl alkohol). Jest gliceryna na czwartym miejscu, są też składniki naturalnego pochodzenia jak chociażby hydrogenated olive, ale...no właśnie jest również duże ALE - w kremie znalazła się parafina. Jest nieco bardziej po środku, aniżeli na wstępie, ale jednak z przykrością stwierdzam jej obecność.
Krem stosowałam na dzień, gdyż jak wspomniałam wyżej idealnie sprawdził się jako wstęp do makijażu. Wygładza skórę, dodaje jej nieco blasku, a cytrusowy zapach działa pobudzająco. Krem szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu. W przeciwieństwie do serum nie wywołał ani łzawienia, ani pieczenia.


Podsumowując. Sam pomysł na serię bardzo mi się podoba. Obecność witaminy Duo C (hybrydowe łączenie dwóch form wit.C - aktywnej oraz stabilnej) a także witamin D-pro oraz E stawia te produkty w bardzo dobrym świetle. Faktem jest nieodwołalnym, że po miesiącu stosowania rzeczywiście, są widoczne efekty. Skóra nabrała blasku, gładkości i sprężystości. Twarz z kolei widocznego rozświetlenia, wygląda bardziej zdrowo. Przez cały ten okres żaden z powyższych produktów nie wywołał u mnie alergii, nie podrażnił mnie, nie zapchał skóry. Można by więc rzec, że seria jest udana. Ale medal ma dwie strony, i niestety analizując skład owych produktów tak wesoło już nie jest. Nie są to co prawda najgorsze pozycje aczkolwiek lepiej by było, gdyby ich w ogóle nie było na etykiecie.
Obecnie dobijam dna każdego z nich, i jak do żelu się sparzyłam tak z chęcią sięgnę po serum ponownie lub żel-krem, którego nie miałam okazji testować. Natomiast Was zapraszam na konkurs na stronę Fb, gdzie możecie zgarnąć powyższy zestaw i sami ocenić jak się sprawdza u Was :) Znajdą się jacyś chętni?>> Wygraj zestaw Lirene
Buziaki :* 



&& I Wyjazdowe Spotkanie Świadomych Blogerek w Krakowie, czyli o Sukcesie Zrodzonym z Serca &&

5/14/2017

&& I Wyjazdowe Spotkanie Świadomych Blogerek w Krakowie, czyli o Sukcesie Zrodzonym z Serca &&

"Kiedy mówimy boimy się, że nasze słowa nie będą usłyszane lub dobrze przyjęte. Jednak kiedy jesteśmy cicho to też się boimy. Dlatego właśnie lepiej jest mówić."
Myślę sobie właśnie, że ten cytat, ta myśl przelotna Audre Lorde idealnie wpasowała się w pewne spotkanie, które miało miejsce 28.04.17 w MILK Studio w Krakowie , a którego organizatorką była Izabela Kornet, dziewczyna burza, młoda, mocno stąpająca po ziemi, pewna swego, energetyzująca...i tą energią zarażająca ludzi wokoło.
To nie było zwykłe spotkanie jakich wiele, to było spotkanie w czasie którego mówiłyśmy. A cisza trwała tylko chwilę, kiedy trzeba było nabrać powietrza.


Zacznę od idei tych spotkań jakie miały początek w Bydgoszczy. Spotkania Świadomych Blogerek to innowacyjny pomysł Izy z bloga The Secret of Healing , pomysł przyjął się na tyle dobrze, że spotkania te mają miejsce co miesiąc, a dodatkowo zostały rozszerzone o kolejne poświęcone zaradnym, nowoczesnym kobietom idącym pewnie przez życie, czyli Spotkaniom Świadomych Kobiet. O tym co ważne dla nas, o marzeniach, ideach, jak iść przez życie dumnie, z głową podniesioną wysoko, ale nie zatracić się we własnych osiągnięciach, jak odnieść sukces i pozostać człowiekiem, który nadal szanuje, ma serce i wierzy? O prawdzie i błędach. O sobie samym. Ot, niby nic, a jednak jak wiele?
W Krakowie owe spotkanie miało miejsce pierwszy raz, dlatego też zostało nazwane I Wyjazdowym Spotkaniem Świadomych Blogerek. Dlaczego wyjazdowe? Ponieważ, aby spotkać się z nami Iza przyjechała właśnie z Bydgoszczy. Poświęciła nam swój czas, i po kilku godzinach byłyśmy pewne w 100%, że chcemy więcej, że chcemy jeszcze.
Patronatem spotkania była marka Id'eau - Woda może więcej , Laboratorium Vichy, a także Laboratorium La Roche-Posay którym serdecznie dziękujemy za udział.

ILE WE MNIE SIEBIE
Na spotkaniu było nas 7. Siedem różnych osobowości, siedem różnych spojrzeń na siebie, na otaczający nas świat. Siedem Kobiet, każda z inną pasją, z innymi ideami. A jednak dogadałyśmy się, a rozmów nie było końca. Ile we mnie siebie? Na takich spotkaniach, można się dowiedzieć wiele nie tylko o innych, ale i o sobie samym. Takie spotkania motywują, dają kopa do działania, dają nadzieję, że można rozwinąć skrzydła jeszcze bardziej, są inspiracją. Pozwalają otworzyć się na świat, na innych. Przełamać bariery. Wracając do domu byłam niczym tykająca bomba, którą rozsadzała energia, a moja wiedza jaką posiadałam do tej pory, nabrała innego wymiaru. Tak oto Rodzi się Sukces. W Sercu.


PEWNE NIEZWYKŁE OSOBISTOŚCI
Jak już wspomniałam wyżej, łącznie ze mną było nas siedem dziewczyn. I pomimo różnorodności tematycznej prowadzonych przez nas stron, całkiem świetnie poszło nam dogadanie się, poczynając od tematów rodzicielskich, poprzez podróże małe i duże, a kończąc na kosmetycznym świecie. Nie brakło refleksji, przemyśleń, wspomnień. Była kupa śmiechu i najważniejsze miło spędzone kilka godzin.


ADA GLOW.UP
Z Adą jako jedyną poznałam się wcześniej podczas spotkania Blogerek w Krakowie, jakie miało miejsce w lutym. Ada to chodząca indywidualność, która po kilku latach spędzonych na portalu urodowym, postawiła wszystko na jedną kartę i przeniosła się na swoje śmieci. Wesoła, wiecznie uśmiechnięta, strasznie pozytywna. Jej blog to kraina kosmetyczna wypełniona bardzo dobrymi tekstami.


PAULINA 5RAZONES
To Ci dopiero szatan w kobiecej skórze! Ta niepozornie wyglądająca kobieta o blond włosach, pod skorupką niewinności i delikatności pięknie ukrywa prawdziwy charakterek. Ale to dobrze, bo...Paulina to osoba mocno stąpająca po Ziemii, nie straszne jej pieluchy, rozwydrzone buźki dzieci i nachalne babcie pouczające jak ma wychowywać dzieci. Jeśli szukacie bloga parentingowego z nutą wesołości - trafiliście doskonale. Znajdziecie w nim codzienność przeplataną myślami.


SYLWIA MIĘTA W KAPELUSZU
Sylwia działa odurzająco, ale w końcu rozprawia w większości o ziołach, więc co się dziwić. Uosobienie spokoju, delikatności i ogrom kobiecości w ruchach dłoni, w tym jak mówi. Siedząc koło Sylwii nawet osoba z ADHD zacznie siedzieć spokojnie. Ma cudowną aurę ciszy wokół siebie. A tą ciszą zaraża. I dobrze, a dla mnie idealnie. Sylwia prześlij mi trochę tego spokoju listem poleconym :)


OLA WYCIECZKOWANKI
Drobna, odziana w ciemny blond włosy mała podróżniczka. Jej pasją jest odkrywanie nieznanych zakamarków okolic Krakowa, ale nie tylko. Jej blog to zaproszenie, na spacer, na mini wycieczkę, na poznanie tego co czasem nie odkryliśmy. Jak macie ochotę wybrać się więc do Tyńca, albo na szlag Jury Krakowsko-Częstochowskiej lećcie na bloga Oli, znajdziecie tam wskazówki co jest warte obejrzenia. Ja korzystam :)


WERONIKA MY SMALL BIG CREATION
Młoda, a jakże utalentowana Pani Fotograf z pomysłem na życie. Pasjonatka z duszą. Artystka co widać od razu, cicha, spokojna kobieta, patrząca z boku, w sekundzie łapiąca kadry. Wie czego chce, i życzę jej aby osiągnęła wytyczone cele. Jej blog wypełniony jest piękną fotografią, w której nie znajdziecie wymuskanych kłamstw. W jej kadrach jest prawda. Nieco surowa, ale prawda. I gdybym miała cokolwiek powiedzieć, powiedziałabym: "Nie istnieją reguły opisujące dobrą fotografię, są tylko dobre fotografie." Tak rzekł Ansel Adams i niech tak zostanie.


IZA THE SECRET OF HEALING
Gdyby nie Ona spotkania by nie było. Gdyby nie jej pasja nie pływałybyśmy w morzu rozmów przez kilka godzin. Gdyby nie Iza nie było by tego co jest dziś.
Organizacyjny mały chochlik, któremu nie schodzi z twarzy uśmiech. Gdybym miała opisać Izę jednym słowem, byłaby to RADOŚĆ. Ta dziewczyna ma jej ogromne pokłady. I tą też radością zaraża innych, niepoprawna optymistka, posiadająca serce i duszę. A tylko człowiek z sercem może osiągnąć czystą satysfakcję z celów jakie sobie wyznaczył. Bez zawiści, bez poklasku, pozostając sobą. Iza bezapelacyjnie jest taką właśnie osobą, a jej motto życia zgodnie z intuicją i pisanie prosto z serca jest najlepszym tego przykładem. Brawo Iza.


To wyjątkowy czas, kiedy można usiąść na tratwie własnych przemyśleń, i nie utonąć w morzu innych ludzi.
Każdej z Was osobno chciałam podziękować. To południe w krakowskim studio sprawiło, że wracając do domu podjęłam kilka decyzji, które czekały tylko na odpowiedni moment. Każda z Was, dzięki temu co opowiedziała, co zdradziła dała mi kopa, dała mi coś ulotnego, ale jakże ważnego. Iza Tobie również dziękuję za organizację tego spotkania, było ono początkiem czegoś nowego. Gdyby nie Ty ta historia nie wydarzyłaby się...
Dziękuję :*

&& Lily Lolo French Flirt, kremowa szminka do ust &&

5/11/2017

&& Lily Lolo French Flirt, kremowa szminka do ust &&

Czerwień, to najgorętszy z wszystkich możliwych barw kolor. Kolor miłości, namiętności i szczęścia. Nieco wyzywający odcień, krzykliwy, który jednak przy pomocy wybranych kolorów daje się trochu stonować. Noszony solo, lub w postaci dodatków, potrafi pięknie ożywić strój. W makijażu z kolei może stanowić dopełnienie dziennego make-upu, lub stać się wisienką na torcie na imprezowy wieczór. A Wy lubicie kolor czerwony? Ja uwielbiam, choć rozpaczam teraz straszliwie, bo niestety odkąd moje włosy nabrały jasnych kolorów w czerwieniach nie czuję się za dobrze i coraz częściej po głowie chodzi mi powrót do ciemniejszych kosmyków. W każdym bądź razie pozostając w temacie czerwieni, jakiś czas temu trafiła w moje ręce piękna, nawilżająca pomadka Lily Lolo o wdzięcznej nazwie French Flirt, i choć nasz flirt na początku był dość burzliwy, tak koniec końców skończyło się na namiętnym romansie. Jesteście ciekawi tej miłosnej historii? Zapraszam więc dalej.


Historia ta zaczęła się wręcz prozaicznie. Znalazłam ją w pudełku, gdzie leżała obok kremu BB, podkładu i nastroszonego kabuki. Marka Costasy postanowiła obdarować mnie tym pudełkiem w ramach współpracy. O kremie BB, który okazał się idealny i o duecie - podkład Lily Lolo z pędzlem kabuki było w poprzednich postach, a koleżanka pomadka wciąż czekała na swój dzień. Początki miałyśmy ciężkie, po długotrwałym używaniu matowych pomadek i jakby nie było przyzwyczajeniu się do nich, przeskoczyć nagle na normalną, mającą połysk pomadkę było nie lada wyzwaniem dla mnie. A jednak fascynowała mnie, kusiła...I tak oto rozpoczął się mój romans z nią.


Zapakowana w charakterystyczny dla marki, utrzymany w minimalistycznym tonie biało-czarny kartonik, na którym znajdziemy najważniejsze, podstawowe informacje, wręcz krzyczała o rozpakowanie. Wewnątrz znajdowało się z kolei klasyczne opakowanie pomadki. W tym wszystkim ujęła mnie prostotą i...kolorem.
W ofercie marki znajduje się łącznie 13 odcieni naturalnych szminek, podzielonych na trzy grupy kolorystyczne , są te w tonacji brzoskwiniowej, różowej i oczywiście czerwonej. Nie ma więc problemu z dobraniem odpowiedniego koloru do odcienia skóry czy włosów. Zarówno blondynki, jak i rude czy brunetki znajdą tu coś dla siebie. Moja French Flirt była wybierana kiedy jeszcze miałam ciemniejsze włosy, więc wydała się idealna. Każda z dostępnych pomadek posiada wagę 4 gram, a jej koszt to 54.90 zł. Wiem, wiem z początku można by pomyśleć, że cena jest zbyt wygórowana, ale czy na pewno? Patrząc na skład i właściwości sądzę, że jednak jest warta swojej ceny.


TRUDNE POCZĄTKI...
Jak wspomniałam wyżej początki nie należały do łatwych. Różnica w konsystencji, przyzwyczajenie do matów, na początku sprawiły, że czułam do niej niechęć. Z kolei świadomość, że pomadka ta jest na bazie naturalnych składników, jak i fakt, że będzie pielęgnować usta spowodowały, że w końcu sięgnęłam po nią ten pierwszy raz, potem drugi, trzeci...i tak zostało do dziś.
Naturalne szminki Lily Lolo mają kremową, lekką konsystencję, która bardzo dobrze nawilża i odżywia usta. W każdej z nich znajdziemy witaminę E oraz ekstrakt z rozmarynu. Jak obiecuje producent wszystkie pomadki mają nadać ustom naturalny, piękny połysk.


FRANCUSKI FLIRT
Odcień French Flirt to jedna z czterech propozycji marki z grupy pomadek w tonach czerwonych. Jest to ciepły, nieco stonowany kolor, niezbyt krzykliwy, ale dość wyraźny. Z pewnością pasjonatki tego koloru będą nim zachwycone. Pigmentację szminki śmiało można ocenić na najwyższą notę, wystarczy praktycznie jedna warstwa, aby nadać ustom odpowiedniego koloru. Pomadka łatwo daje się prowadzić, nie tworząc przy tym plam czy smug. Ładnie "rozchodzi" się na ustach. Nie mogę się również przyczepić do trwałości, która w jej przypadku pomimo lekkiej formuły wynosi około 3 godzin. Pomadka w bardzo fajny, równomierny sposób ściera się z ust, co przez cały czas daje bardzo naturalny efekt. Oczywiście pozostawia ślady na filiżance czy kubku, czy nieco szybciej znika z warg, kiedy np.jemy, jednakże i tak zasługuje tutaj na pochwałę.

Skład:
RICINUS COMMUNIS SEED OIL, MICA, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL, CANDELILLA CERA, LANOLIN, ISOAMYL LAURATE, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CERA ALBA, COPERNICIA CERIFERA CERA, MALTODEXTRIN, TOCOPHEROL, HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL, ASCORBYL PALMITATE, ROSMARINUS OFFICINALIS LEAF EXTRACT, TIN OXIDE [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET)]


Podsumowując nie mogę napisać więc złego słowa. Zarówno pigmentacja jak i trwałość są tu na najwyższym poziomie. Dodatkowo wyróżnia ją też naturalny skład. Ponadto prócz walorów wizualnych, pomadka w doskonały sposób pielęgnuje usta. Z kolei dzięki nieco stonowanemu tonowi nadaje się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Czy jest więc warta swojej ceny? Z pełną premedytacją twierdzę, że tak. A ja mam ochotę na kolejną.
Wszystkie produkty marki Costasy dostępne są na oficjalnej stronie polskiego dystrybutora - www.costasy.pl .

I jak Wam się podoba taka pomadka 2w1? Wolicie połysk czy mat? A może posiadacie jakiś odcień? Koniecznie dajcie znać :)

Buziaki :*
&& Wykończeni i zużyci #2 &&

5/08/2017

&& Wykończeni i zużyci #2 &&

Obiecałam sobie, że co dwa miesiące będę publikowała posty z denkiem kosmetycznym, aczkolwiek powiem szczerze, że mam ochotę na dzisiejszym zakończyć tą zabawę. Niestety zużywa tego tyle, że kiedy przychodzi co do czego i pustakom trzeba zrobić zdjęcia, odechciewa mi się mojego postanowienia. Będzie tasiemiec ostrzegam na wstępie...po podsumowaniu kwietnia, czas więc na tych zużytych, wykoczonych, pustych... , jeśli dotrzymacie do końca będę Wam biła brawo :) A ja może jednak zmienię taktykę na comiesięczne wpisy, z nieco mniejszą jednak ilością. Co Wy na to?


WŁOSY
Tak to od nich zacznę, bo tutaj tego wyszło najwięcej, chociaż patrząc na twarzowe pustaki mogę się mylić. Moja odwieczna przygoda z kombinacjami kolorystycznymi stwierdzam, że trwa o wiele za długo. Koniec końców na starość zamiast siwej czupryny pozostanę łysa jak nie przestanę. Obiecuję więc sobie mocną poprawę i zakaz zbliżania się do półek z farbami :)


Szampony w tym miesiącu miały swoje pięć minut w osobnych postach. O bazyliowym szamponie z Elfa Pharm, mogliście poczytać kilka postów temu, natomiast serię Biovax opuncja i mango znajdziecie tutaj.  Jak z ostatnią pozycją się nie polubiłam, tak do bazyliowego szamponu mam ochotę wrócić, a przy okazji zaopatrzyć się w resztę serii.
Z masek i odżywek nie rozpędzałam się bardzo, a to za sprawą posiadania ogromnej maski Dr. Sante z olejem macadamia i keratyną marki Elfa Pharm która nie doczekała się w zeszłym miesiącu recenzji, ale nadrobię to w tym miesiącu. Z maską bardzo się polubiłam i z chęcią po nią jeszcze sięgnę, w przeciwieństwie do sprayu ułatwiającego rozczesywanie tej samej marki tylko  z innej serii, bo z olejem arganowym. Niestety spray powodował straszne przetłuszczanie i w finale oklapnięte włosy. Z masek wykończyłam też (w końcu) maskę odbudowującą z Matrix Total Treat . Nie pisałam o niej jeszcze, ale myślę, że i o niej powstanie osobny post. Tu jednak chciałam napisać krótko, że maska jest rewelacyjna do bardzo zniszczonych i suchych włosów i jak przystało na markę, po raz kolejny nie zawiodłam się. Do prężnego oddziału w walce z moimi włosami znowu dołączył sławetny Jantar z bursztynem Farmony który jest nieodłącznym elementem w mojej pielęgnacji od ładnych paru lat. Marka ostatnio zmieniła w końcu opakowania i butelki zaopatrzyła w ułatwiające aplikację końcówki. Brawo :) Ja mogę tylko napisać polecam gorąco. Do ochrony przed ciepłem suszarki posłużył mi natomiast nie po raz pierwszy spray termoochrony z Isany, do kupienia za grosze w Rossmanie produkt do którego raz na jakiś czas wracam i również mogę śmiało go polecić. Nie obciąża włosów, nie skleja ich i nadaje im ładny połysk.


Z włosowych przygód pozostały jeszcze peelingi i naturalna pielęgnacja. O cukrowym peelingu Matrix Biolage Sugar, mogliście przeczytać w tym poście, natomiast o trychologicznym peelingu H-Stimupeel Pharmaceris H było tutaj, oba całkiem śmiało polecam. Za równo do jednego jak i drugiego wracam powtórnie :) Jeśli chodzi o pielęgnację naturalną, olejowanie włosów weszło mi już w nawyk do tego stopnia, że nie potrafię przestać. Tyle, że w ostatnim czasie postawiłam zamiast na oleje to na masło shea, które działa na mojej głowie istne cuda, a dodatkowo połączone z aloesem - rewelacja. I powiem Wam tylko, że nie ma lepszego aloesu jak ten z Holika Holika. Ostatnio jak byłam na zakupach nie było mojego ulubieńca, więc kupiłam z Eqilibra i wcale z niego zadowolona nie jestem.


CIAŁO
O ekskluzywnej serii Resort Spa marki Dr.Irena Eris, a dokładnie o olejku Mauritius i peelingu Orient mogłyście przeczytać w poście tutaj, oba produkty ujęły mnie nie tylko swoim wyglądem i zapachem (obłędny) ale i właściwościami. Za równo do jednego jak i drugiego z chęcią powrócę, jak i sięgnę po resztę pozycji z tych serii. Pozostając przy kosmetykach z nieco wyższej półki w kwietniu miałam okazję testować nowość z asortymentu Dr.Irena Eris, a było to  bogate serum anty-starzeniowe Body Art Ambrosia, serum bardzo mi przypadło do gustu i zaciekawiło również do tego stopnia, że już zdążyłam rozglądnąć się za resztą produktów z tej linii. Mają fajne składy i dobre właściwości, więc z ręką na sercu polecam spróbować. Z tańszych produktów do ciała moje serce zabiło mocniej ku lidlowskiemu masłu do ciała o zapachu czekolady. Piękny zapach, opakowanie i rewelacyjny efekt nawilżenia, a dodatkowo dość przyjemny skład i niewygórowana cena zrobiły z niego taką moją perełkę, po którą sięgnę znowu jak tylko zajrzę do Lidla. O produktach z Lidla, w tym również o maśle pisałam w poście tutaj.


Skoro jesteśmy przy tanich kosmetykach z Lidla, w poście o nich przeczytacie również o żelach pod prysznic i płynie do kąpieli, które również dobiły dna i znalazły się w koszu. Z kąpielowych umilaczy zużyłam trzy muffiny, bombę kąpielową i sól do kąpieli Full Mellow, a o tych nietuczących słodkościach przeczytacie tutaj. Mają tak obłędny wygląd, że wierzcie mi żal było je używać. Do kosza poleciało również kremowe mydło do mycia Ziaji z masłem kakaowym. Lubię ten produkt i często po niego sięgam. Jest tani i pięknie pachnie, ale mam z nim ostatnio problem. Wertując jego skład natrafiłam w nim na substancje uznane za rakotwórcze, na dodatek znajdujące się dość wysoko w składzie i jakoś tak mnie zaczęło zniechęcać do niego niestety. Nie jestem więc pewna czy jeszcze do niego powrócę. Wykończyłam również olejek pod prysznic Prodigieux Nuxe który miał obłędnie piękny zapach i pozostawiał cudownie nawilżoną skórę. Z chęcią do niego powrócę.


TWARZ
Jeśli chodzi o demakijaż twarzy, produktów tym razem nie wiele, a to za sprawą tego, że obecnie mam otwarte kilka kosmetyków. I one schodzą u mnie bardzo wolno. Jakiś czas temu zainwestowałam w nowość marki Bielenda z serii różanej, a dokładnie w olejek do demakijażu byłam ciekawa czy się z nim polubię. Niestety nie przypadł mi do gustu, spowodował nieprzyjemne zapchanie i niestety nie posiadał w sobie żadnych przyjemnych walorów organoleptycznych prócz schludnego opakowania. Ani zapach, ani konsystencja nie wywołały u mnie palpitacji, nie wspominając już o składzie, który jednak wywołuje palpitacje ale zbliżone do zawału serca. Zużyłam w ostateczności do mycia pędzli. W jego przypadku jestem na NIE. Przeciwnie jednak wygląda sytuacja z olejkiem do demakijażu twarzy marki Resibo który okazał się moim top ulubieńcem. Przyjemna konsystencja, ładny wygląd, a co ważne rewelacyjne właściwości uplasowały go na naprawdę najwyższym miejscu. I jedyne do czego się przyczepić mogę to cena. Jednak z chęcią kupię go ponownie. Postaram się również napisać osobne posty o nich, lub chociażby o jednym z nim. Do kosza poleciał też tonik Rau cosmetics, o którym czytałyście w tym poście. Z tonikiem polubiłam się bardzo, pozostawiał przyjemną w dotyku skórę, nawilżał i orzeźwiał.
Z kremów wykończyłam w końcu Clarins, które dostałam na prezent od mojej koleżanki. Krem na noc przeznaczony był do skóry normalnej i suchej, natomiast krem na dzień jest nastawiony na potrzeby cery suchej. O kremach napiszę jeszcze w osobnym poście, gdyż pomimo ceny zniewalającej z nóg są godne uwagi. Niebawem również poczytacie o duoaktywnym kremie przeciwzmarszczkowym pod oczy Pharmaceris A który okazał się idealny dla mnie, oraz o naturalnym kremie pod oczy z olejkiem arganowym Nacomi który niestety do idealnych nie należał i u mnie niestety nie sprawdził się tak jak tego oczekiwałam. Skończyłam w tym miesiącu również  kolejną już pomadkę peelingującą Sylveco oraz tak samo kolejną pomadkę ochronną Oeparol o obu przeczytacie po kliknięciu w ich nazwy.


Pielęgnację twarzy kończę zbiorem pustych opakowań po maskach. Zarówno o dwójce z Sephory jak i o czarnym charakterze z Iva Natura mogłyście poczytać osobne posty. Wszystkie trzy maski spisały się u mnie bardzo dobrze, do wszystkich trzech równie chętnie powrócę. Tak samo jak z chęcią sięgnę po kolejne saszetki masek węglowych Bielendy ta ostatnia to maska oczyszczająca przeznaczona dla cery suchej i wrażliwej. Bardzo się cieszę, że Bielenda pomyślała podczas tworzenia tej serii również o wrażliwcach. Węgiel jest znany ze swoich rewelacyjnych właściwości oczyszczających jednak do tej pory kosmetyki z wykorzystaniem go raczej były przeznaczone cerom tłustym i mieszanym, a tu dla odmiany w końcu właścicielki skóry suchej i wrażliwej, jak i dojrzałej będą mogły w końcu poznać dobroczynne właściwości węgla. Z masek węglowych zrobiłam zapas. Jestem na TAK.


MAKIJAŻ
Obiecuję, że to już koniec. Denkowy post zamykam kilkoma produktami z kolorówki i jednym pędzlem. Zaraz na początku kwietnia skończyłam cushion Physicians Formula, o którym mogłyście poczytać w tym poście, niestety pomimo swoich zalet nie powrócę raczej do niego, a to za sprawą wygórowanej ceny i zbyt małej pojemności. Skończyłam również dwa tusze - jeden torebkowy Benefit, i zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania. Tusz świetnie sobie radził z moimi niesfornymi rzęsami. Ma fajnie profilowaną szczoteczkę która w ładny sposób rozdzielała rzęsy. Nadawał im czarnego koloru i ładnie pogrubiał. Drugi to mój faworyt ostatnimi czasy, czyli False Lash Superstar. Ten drugi za sprawą białego primera pięknie pogrubiał rzęsy i je wydłużał, natomiast druga końcówka dopełniała efekt nadając im iście czarnego koloru. Jest to jeden z lepszych tuszy jaki miałam w swoich zbiorach i z chęcią sięgnę po niego po raz kolejny. Jeśli więc szukacie tuszu nadającego spojrzeniu spektakularnego efektu, całkiem śmiało możecie go kupić. Ostatnia pozycja to pędzel do różu kupiony przypadkowo kiedyś w Rossmanie-Ewa Schmitt. Pędzel wykonany jest z porządnego tworzywa i z syntetycznego włosia. Bardzo go lubiłam. Dobrze ścięte włosie, wygodna rączka i niska cena, powodują, że chyba kupię go ponownie. Był to zdecydowanie najlepszy pędzel do różu z tych tańszych jakie miałam sposobność używać.


Koniec. Ciekawa jestem kto dotarł do końca :P Jeśli coś z mojego denka znasz daj znać czy się lubicie czy nie. Po kolejną dawkę pustaków zapraszam za miesiąc, będzie krócej - obiecuję. A Wam życzę jeszcze miłego dnia i udanego tygodnia.
Buziaki :*
&& Podsumowanie kwietnia &&

5/06/2017

&& Podsumowanie kwietnia &&

Maj to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc. Nie tylko ze względu na obchodzone w nim urodziny, ale też dlatego, że kojarzy mi się z najpiękniejszym miesiącem wiosny. Co prawda pogoda nadal nas nie rozpieszcza, ale miejmy nadzieję, że nasze modły zostaną wysłuchane i zamiast szarości, za oknami nareszcie zobaczymy piękne słońce. W maju również spotkam się z częścią z Was na zbliżającym się dużymi krokami evencie jakim jest Meet Beauty .
Skoro jednak nastał maj, nadszedł też czas na szybkie podsumowanie poprzedniego miesiąca, czyli kwietnia. W przeciwieństwie do spokojnego marca, w kwietniu znowu działo się dużo, a co dokładnie już Wam spieszę opowiedzieć.


Kwiecień rozpoczął się u mnie 35 Międzynarodowymi Targami LNE  na które wybrałam się wspólnie z Violą z bloga Nails by Violka . Odbywały się one w dniach 1-2 kwietnia. Miałam Wam napisać osobny post z tego wydarzenia, jednak potem doszłam do wniosku, że nie ma on sensu, a jakiekolwiek info o nich mogę umieścić w podsumowaniu miesiąca. Poza tym z Targami wyszła również nieprzyjemna sytuacja, za sprawą Gazety Krakowskiej, która organizowała w tym roku Plebiscyt Mistrzów Urody, gdzie m.in. nominowane były Blogerki Urodowe. Wśród nominowanych blogów, znalazł się i mój (tutaj chciałam podziękować jakiejś dobrej duszyczce za zgłoszenie mnie do plebiscytu). Niestety postawa Gazety Krakowskiej pozostawia wiele do życzenia ,po ogłoszeniu wyników nagle nastała nieprzyjemna cisza, a na dwa dni przed Targami pozmieniano regulamin, a także nagrody. Powiem szczerze, że gdybym wiedziała jak to będzie wyglądać, poprosiłabym o wycofanie mojego bloga. Nie było to wszystko warte zachodu, natomiast zagranie Gazety Krakowskiej uważam za wręcz naganne. W ostateczności zajęłam drugie miejsce. I tu z miejsca chciałam podziękować wszystkim osobom, które na mnie głosowały. Natomiast całe Targi wspominam bardzo przyjemnie, z Violą pobuszowałyśmy po stoiskach, nie obyło się oczywiście bez zakupów. Poniżej kilka kadrów z tego wydarzenia. Od razu piszę jakość nie powala, na Targi wzięłam zwykłą małpkę :)


Prócz Targów LNE, miałam również przyjemność uczestniczyć w rewelacyjnym wydarzeniu, które organizowała Iza z bloga The Secret of Healing ,było to spotkanie pod hasłem - Budowanie Relacji i zaufania z Czytelnikiem bloga. Owo spotkanie zamknęło również kwiecień, gdyż odbyło się 29 kwietnia w jednym z krakowskich Studio Fotograficznych. Cieszę się niezmiernie, że miałam okazję uczestniczyć w nim, poznać fantastyczne dziewczyny i poruszyć tak ciekawe tematy, wyszłam z tego spotkania bogatsza o kilka znajomych i o wiedzę, którą zapewne wykorzystam w mojej pracy nad blogiem. W ostatnim poście wspomniałam Wam, że odnośnie spotkania powstanie osobny post i tak też będzie, myślę że w przyszłym tygodniu będziecie już mogły o nim poczytać. Tutaj, teraz wrzucam kilka zdjęć :)


Święta, święta i po świętach. Skoro jednak o nich wspomniałam, to chciałam Wam pokazać niespodzianki jakie do mnie przywędrowały. Marka Bell Cosmetics postanowiła wysłać mi zajączka wielkanocnego, który okazał się wielkim królikiem :) Na trzy dni przed wielkanocną sobotą zadzwonił kurier i wręczył mi dość sporą paczkę. Wewnątrz znalazłam dwa wypełnione po brzegi pudełka z kolorówką tejże marki oraz kartkę z życzeniami. Mogłyście już poczytać m.in. o najnowszej limitowanej kolekcji Secret Garden która pojawiła się u mnie na blogu w ostatniej części wiosennika. Drugą paczką niespodzianką, postanowiła mnie obdarować Dr.Irena Eris, a dokładnie Magda ,w paczce tej znalazłam krem i bronzer, a wszystko to było zapakowane w piękne pomarańczowe pudełko, natomiast wewnątrz znalazłam liścik z życzeniami i urocze małe mandarynki(?) . Byłam ogromnie zaskoczona zarówno pierwszą jak i drugą przesyłką. Za obie bardzo dziękuję. Nie powiem, bo tego typu niespodzianki są zawsze miłe i naprawdę cieszą oko.


Zostając przy przesyłkach, w kwietniu odbywały się również Targi Kosmetyków Naturalnych Ekocuda na które planowałam jechać, ale oczywiście nie wyszło mi to. Jednak napisałam dla Was post odnośnie ich i marka Mokosh postanowiła sprawić mi niespodziankę wysyłając zestaw swoich produktów. Wewnątrz znalazły się eliksir odżywczy, krem pod oczy, balsam i peeling. Marce Mokosh serdecznie dziękuję.


W kwietniu doszły do mnie również dwa boxy. Był to ShinyBox który skusił mnie zapowiedzianą zawartością, czyli żelem do mycia twarzy marki -417 i błyszczykiem Provoke. Nie robiłam jednak openboxa, a zawartość możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Natomiast drugim boxem była marcowa Liferia o której z kolei napisałam, jednakże było to ostatnie pudełko jak na razie. O perypetiach i moich odczuciach mogliście poczytać w tym poście . Mam jednak nadzieję, że negatywne opinie jakie spłynęły w kwietniu na ekipę Liferii, spowodują, iż w końcu zostaną wyciągnięte wnioski i będzie już tylko poprawa.


Na koniec zostawiłam Wam zakupy kwietniowe, a także dwie przesyłki testowe. Jedną z nich była nowość marki L'Biotica - Biovax z opuncją figową i mango , niestety po prawie miesiącu testów moja opinia nie była zbyt przychylna o czym pisałam w tym poście . Natomiast drugą przesyłką był zestaw Elseve do włosów z serii Magiczna Moc Glinki, którą otrzymałam po zgłoszeniu się na Ofeminii do testów , z tego zestawu jestem natomiast zadowolona, choć leży nadal nie otwarty, ale zanim otrzymałam go zdążyłam kupić te nowości. Tak więc mam aktualnie zapas Elseve.
Z zakupów nie omieszkałam odwiedzić mojej ulubionej drogerii Pigment gdzie zaopatrzyłam się w m.in.w It's skin, a dokładnie serum nawilżające. Jestem go bardzo ciekawa, gdyż czytałam o nim same pochwały. Kupiłam w końcu również bazę proteinową Indigo, nowe odżywki do rzęs L'Biotici, i dwa kosmetyki Skinfoot - maskę do twarzy i krem do demakijażu, korzystając przy okazji z 20% zniżki na sephora.pl . Trafiły do mnie również, dzięki mojej kochanej Mamie cztery pomadki L'oreal z limitowanej kolekcji inspirowanej bajką Piękna i Bestia. Powstanie o nich osobny post. Odwiedziłam również sklep fryzjerski gdzie kupiłam toner popielaty Nook i kilka niezbędników włosowych :) Skorzystałam też z promocji Rossmana, niestety nie pokażę Wam co kupiłam bo zapomniałam zrobić zdjęć, aczkolwiek zrobiłam zapasy z szafy Provoke z czego się ogromnie cieszę :)


Ostatnią rzeczą o której chciałam wspomnieć jest akcja wiosennik, którą prowadziłyśmy przez kwietniowe niedziele, wspólnie z pięcioma blogerkami. W wiosenniku znalazły się inspiracje wiosenne, były posty lifestyle, było o zapachach, naturalnej pielęgnacji oraz o inspirowanym wiosną makijażu. Polecam zaglądnąć do dziewczyn jeśli jeszcze tego nie zrobiliście:

- Kinga Blond Blog
- Magda Delishe
- Inga Like a Porcelain Doll 
- Natalia Elf Naczi
- Pati Beautypedia Patt

U dziewczyn znajdziecie całą masę inspiracji, dużą dawkę pięknych fotografii i bogatych tekstów.
Serdecznie zapraszam :)
A jak Wam upłynął kwiecień? Był intensywny czy może jednak należał do tych spokojnych miesiąców? Dajcie znać :)


Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne