&& Bell Cosmetics, kolekcja pomadek Secretale Velvet Lipstick &&

6/07/2017

&& Bell Cosmetics, kolekcja pomadek Secretale Velvet Lipstick &&

Nie ma chyba na świecie kobiety, która nie lubiłaby pomadek do ust. U mnie niestety są one nieodwołalnie zaraz po tuszach do rzęs makijażowym must have. Lubię zarówno te połyskujące, jak i matowe, te o satynowym wykończeniu, jak i te pudrowe na finiszu. Kolor, odcień - obojętne, no może prócz mocnej śliwki, w której wyglądam zwyczajnie źle. Za to czerwienią lub bordo nie gardzę, tak samo zresztą jak żadnym nudziakiem. Kiedy więc dostałam paczkę-niespodziankę od marki Bell Cosmetics w ramach zajączka wielkanocnego, gdzie w ramach akcji wiosennik mogłyście również zobaczyć limitowaną kolekcję Secret Garden znalazłam w niej również całą kolekcję pomadek Secretale Velvet Lipstick, i niewiele myśląc zabrałam się testowanie ich. Co z tego wyszło już Wam piszę.


Secretale Velvet Lipstick to matowa, trwała pomadka do ust.
Od producenta: "Nie pozostawia uczucia suchości, ale daje wrażenie nawilżenia i wygładzenia. Kryje usta aksamitną warstwą o intensywnej, głębokiej barwie i pudrowym wykończeniu. W kolekcji znajdują się niezwykłe odcienie czerwieni i subtelne odcienie nude, które zapewnią elegancki i stylowy efekt" 

W ofercie marki znajdujemy więc 6 różnych odcieni pomadek, poczynając od tych nieco stłumionych w odcieniach nude, po krwistoczerwone, odważne barwy. Zamknięte zostały w uniwersalne, smukłe opakowania wykonane z nieco matowego plastiku w kolorze czarnym ze złotymi napisami. Wyglądają przez to bardziej elegancko.
Pomadki należą do grupy matowych, o pudrowym wykończeniu. Dają się ładnie prowadzić po ustach. Kolory są nasycone i intensywne. Posiadają lekko owocowy zapach. Jako, że matowe pomadki mają tendencję do przesuszania ust, a także uwidaczniania suchych skórek, pomadki Secretale zostały wzbogacone odpowiednią, nawilżającą formułą, która zapobiega wyżej wspomnianym problemom. Dodatkowo ładnie wygładzają usta.
Dostępne w wybranych drogeriach oraz na stronach internetowych w cenie ok.12zł/1op.


Z pomadkami polubiłam się o dziwo wszystkimi. Choć z całej szóstki najmocniej moje serce bije do początkowej trójki, czyli nudziaków, a także do numeru 06.

01 - jest to typowy odcień ciepłego brązu. Nie jest ani za jasny ani za ciemny. Idealny do makijażu dziennego. Mój faworyt z całej szóstki. Daje ładne satynowo-pudrowe wykończenie.
02 - nudziak w odcieniu różu. Jest dość żywym lecz należącym do chłodnych odcieniem. Tak samo jak powyższy daje ładne satynowo-matowe wykończenie. W bardzo przyjemny sposób ożywia makijaż.
03 - trzeci i ostatni zarazem nudziak. Tym razem nieco ciemniejszy odcień niż pozostali dwaj. To taka mieszanka pierwszego i drugiego odcienia, różowy brąz chyba najbardziej odda nazwę tego koloru.
04 - jaskrawy róż, kolor który najmniej mi spasował. Jest bardzo krzykliwy, utrzymany w różowo-czerwonych tonach. Idealny dla odważnych kobiet.
05 - klasyczna czerwień. Nie jest ani za ciemny ani za jasny, idealny na wieczorne wyjście, gdzie chcemy podkreślić tylko usta. Taki w typie Marilyn Monroe:P
06 - kolor bordo, wpadający w lekkie czerwone tony. Piękny, głęboki odcień, który tak samo jak 05 nada się idealnie na wieczorne wyjście. Jedyny minus jego jest taki, że nie każdemu będzie pasował.


Pomimo dość niskiej ceny pomadek, ich jakość jest naprawdę godna podziwu. Nie należą do super trwałych, jednakże kolor na ustach utrzymuje się około trzech godzin. Również należy się im plus za ładne ścieranie z ust, które jest równomierne. Dzięki czemu nie tworzą brzydkich plam na wargach. Niestety w przypadku ciemniejszych odcieni przez cały czas pozostawiają plamy na kubkach/szklankach, co powoduje, iż szybciej schodzą z ust. Z nudziakami jest nieco lepiej. Pomadki nie wysuszają, a wręcz na początku dają wyraźny efekt nawilżenia. Pomadki również nie podrażniły, ani nie uczuliły. Ogólnie więc oceniam je dobrze. Patrząc na ich cenę, naprawdę nie ma o co się przyczepiać, a wręcz zasługują na pochwałę.


Znacie może te pomadki? A może macie w swoich zbiorach jakiś odcień? Lubicie je? Chętnie poznam Wasze zdanie :)

Buziaki :*
&& Meet Beauty Conference | czyli o tym co szumiało w Wawie &&

6/04/2017

&& Meet Beauty Conference | czyli o tym co szumiało w Wawie &&

W sumie ja to zawsze mam jakieś opóźnienia, więc żeby nie robić bałaganu dzisiejszy post będzie równie spóźniony :P Od dwóch tygodni na blogach panoszą się relacje/opinie z konferencji Meet Beauty, a ja jak zwykle na końcu. Chociaż po cichu liczę, że jeszcze znajdzie się garstka Was, która jak ja nie dodała jeszcze swojej opinii. W każdym bądź razie dzisiaj opowiem Wam jakie są moje odczucia po tymże wydarzeniu i czy bym pojechała raz jeszcze.
Zapraszam.


KONDUKTORZE ŁASKAWY ZABIERZ NAS DO WARSZAWY...
...i skończyło by się to tylko na prośbie, bo jak to ja - człowiek zakręcony, nie kupiłam wcześniej biletu. A bo i po co. Pamiętając czasy kiedy to jechało się na dworzec i kupowało bilet w pociągu nie pomyślałam, że przez lat X mogło się wszystko pozmieniać. I się zmieniło, pociągi też się zmieniły, jakieś miejsca siedzące teraz trzeba wykupić?? Pani mi bilet sprzedała, ale z opcją stania przez prawie 4 godziny. Na szczęście znalazłam jedno wolne miejsce i o dziwo nikt mnie z niego nie wyrzucił. Dojechałam do Wawy. Zero remontów, dworzec glanc cycuś. Ja pamiętałam jeszcze rozgrzebane perony. Ludzi jak to na krakowskim rynku - multum. I to jedno w Wawie się nie zmieniło - każdy gdzieś gna, szybko, do przodu, byleby zdążyć. Dołączyłam więc do grupki osób pędzących przed siebie. Byleby zdążyć...:)
Do Warszawy dotarłam wieczorem w piątek, umówiona byłam już z dziewczynami, z którymi zarezerwowałyśmy wspólny nocleg. I tu chciałam podziękować za cudowny, razem spędzony czas Indze z bloga Like a Porcelain Doll i Kindze z bloga Blond Blog oraz naszemu cudownemu kierowcy, który znosił cierpliwie nasze rozmowy, śmiechy i wygłupy (mowa o Twoim mężu Kinia).
Wieczór upłynął nam więc na pogadankach przy zimnym piwie i planowaniu soboty. Nasze poczynania z Ursusem w tle zapewne widziała część z Was na instastory :P

NA RÓŻOWYM DYWANIE
Konferencja Meet Beauty zaczęła się dla mnie w sobotę. Po wcześniejszych zapisach udało mi się dostać łącznie na trzy warsztaty z czterech jakie zapewniali nam organizatorzy. W sobotę miałam więc panel z Neo Nail, a zaraz po nim kolejny z marką Golden Rose. W niedziele z kolei udało mi się dostać na panel z Gosh Copenhagen. Niestety nie udało mi się zapisać na ostatni niedzielny EyLure. Prócz warsztatów zamkniętych, organizatorzy zapewniali również te otwarte dostępne dla każdego takie jak m.in. panel z marką Annabelle Minerals, Lirene czy takimi osobami jak Agnieszka Bil czy Red Lipstick Monster. Nie udało mi się wejść na wszystkie, gdyż kolidowały z tymi na które byłam zapisana, aczkolwiek skorzystałam z kilku.
Konferencja odbywała się w tym roku po raz trzeci. Została ona połączona z Międzynarodowymi Targami Fryzjerskimi i Kosmetycznymi Beauty Days. Osobiście byłam na Meet Beauty  po raz pierwszy, nie mam więc porównania do poprzednich edycji, aczkolwiek kilka rzeczy myślę, że można by było zmienić. A już na pewno nie łączyć z innymi wydarzeniami, tego jakże już dużego wydarzenia. Dla mnie właśnie połączenie z Targami było największym minusem. Zarówno Targi jak i Meet Beauty odbywały się w jednej ogromnej hali Expo. Praktycznie przy każdym stoisku grała inna muzyka, przy niektórych stał ktoś z mikrofonem...dwie sale przeznaczone na warsztaty z kolei były zbyt blisko siebie, do tego dochodziło całe nagłośnienie hali, i w pewnym momencie powstała nieprzyjemna dla uszu kakofonia. Myślę więc, że o wiele lepiej by było gdyby MB pozostało indywidualną imprezą. Kolejną sprawą niestety na minus było miejsce konferencji. Oddalone sporo od centrum, z niezbyt dobrym dojazdem. Jeśli więc ktoś nie był zmotoryzowany mógł się liczyć z problemem z dojazdem. Niby był podstawiony autobus z dworca, który kursował co godzinę, ale podobno był on jeden na dość sporą liczbę osób. Nie było mi jednak dane nim jechać, ale może to i dobrze. I to w sumie największe dla mnie minusy całej imprezy. I pomimo wszystko nie zważając na nie stwierdzam, że i tak było warto jechać. W końcu organizatorzy chcieli dobrze, i nie ma co się czepiać, a śmiem twierdzić, że podczas organizacji kolejnej edycji zapewne zostaną wyciągnięte z tego wnioski :) I będzie już tylko lepiej:)
Prócz warsztatów i paneli tematycznych znalazło się również miejsce do relaksu dzięki marce Palmers, wysepka Cashmere & Dax Cosmetics, gdzie można było wykonać samemu makijaż oraz najbardziej oblegane miejsce czyli fotobudka :P Z tego co widziałam powstało ponad 900 zdjęć w niej, my same miałyśmy ogromną frajdę zakładając na głowy te wszystkie okulary, czapki czy robiąc głupie miny. Jak wariaci...ale za to zostały miłe wspomnienia i zdjęcia:P


Warsztaty z Neo Nail - głównym tematem tych warsztatów było przedstawienie nam nowości na rynku - kolekcji lakierów Aquarelle oraz pokazanie krok po kroku jak wykonać nimi wzorki na paznokciach. Cały panel oceniam bardzo fajnie, w końcu nauczyłam się malować sławetne róże na paznokciach, aczkolwiek jedna rzecz mi się nie podobała. Stwierdzam, że Pan Gaduła który ponad pół godziny chodził tam i z powrotem po pomieszczeniu z mikrofonem w dłoni, mógł jednak skrócić nieco czas swojej gadaniny do minimum. Z całym szacunkiem dla Pana Gaduły, bo przystojny dość był, i ja rozumiem, że chciał się nam wszystkim ładnie zaprezentować, ale wystarczyłby mi jeden spacer wzdłuż pomieszczenia i po prostu przejście do sedna warsztatów. Podsumowując więc było niewiele czasu na naukę.


Warsztaty z Golden Rose - warsztaty z Golden Rose były podzielone na trzy części, pierwsza dotyczyła przygotowania twarzy pod makijaż, druga konturowania twarzy, trzecia natomiast makijażu oczu i ust. W przypadku tych warsztatów można się było zapisać tylko na jeden z nich. Ja celowałam w ostatni i udało mi się, z czego się ogromnie cieszyłam. Panel Golden Rose prowadzony był przez uzdolnioną niesamowicie Karolinę Ziętek. Zdradziła nam podczas wykładów kilka przydatnych informacji oraz wykonała piękny makijaż oczu i ust z użyciem produktów Golden Rose, tłumacząc nam przy tym krok po kroku co robi. Panel wyszedł naprawdę świetnie.


Warsztaty z Gosh Copenhagen - prowadzone przez Anne Muchę dotyczyły Selfie Look, czyli nic innego jak wykonanie makijażu typowo pod zdjęcia. Panel z Gosh podobał mi się w sumie najbardziej. Pani Ania wykonała świetny makijaż, zdradziła również kilka tajników z dziedziny make-up i okazała się bardzo pozytywną osobom.


Największą jednak frajdą w czasie całej konferencji była możliwość poznania tak cudownych osób jakimi jesteście Wy - Blogerki. Brakło czasu na poznanie Was wszystkich, brakło tego momentu integracji, jednak udało mi się osobiście poznać kilkanaście z Was, z którymi moja znajomość ograniczona była jedynie do internetu. I to największy plus takich imprez. Chciałam Wam tylko powiedzieć, że każda z Was jest wyjątkowa, każda z Was jest inna, ale poznanie Was i zamiana choć jednego zdania z Wami była chwilą wyjątkową. Dziękuję :)
 
STARÓWKA, LIZAKI I KOLOROWE GOŁĘBIE
Sobotni wieczór postanowiliśmy spędzić na Starówce. Nieco zmęczeni i głodni wylądowaliśmy w centrum Warszawy. Trafiliśmy akurat na Noc Muzeów więc nie obyło się też bez zwiedzenia Pałacu Tyszkiewiczów-Potockich.


Niedziela upłynęła nieco spokojniej niż sobota. Być może był to wynik zmęczenia jakie z nas pomału wychodziło, a także powolutku opadały wrażenia dnia poprzedniego. Zbliżała się też godzina 0 i pomału szykowaliśmy się do powrotów. Jednakże organizatorzy nie wypuścili nas z pustymi dłońmi, okazało się bowiem, że przy wyjściu każda z nas dostawała wielką ekologiczną torbę, zaprojektowaną specjalnie dla nas, wypełnioną po brzegi kosmetykami marek sponsorujących wydarzenie. A prócz tego dodatkowo na każdych warsztatach przygotowano dla nas upominki. Ja oczywiście nie omieszkałam również zrobić małych zakupów na targach. I w ten sposób jak przyjechałam z jedną malutką walizeczką, tak wracałam obładowana jak wielbłąd. Wśród upominków znalazły się takie marki jak Annabelle Minerals, Golder Rose, Gosh Copenhagen, Alma K, Palmers, Bielenda, Lirene, Pierre Rene, Neo Nail, GlySkinCare, Cashmere, Soraya, Tołpa.


Cóż więc mi zostało na koniec, jak nie podziękować raz jeszcze - Organizatorom za całe wydarzenie, za świetne warsztaty oraz możliwość wzięcia udziału w Meet Beauty, a także możliwość poznania osobiście innych Blogerek. Prelegentom wykładów za bardzo przydatne informacje oraz super spędzony czas na panelach. Sponsorom za tak zacne upominki jakie zostały nam wręczone na imprezie. I Wam oczywiście Dziewczyny za możliwość spędzenia tych dni w tak miłym towarzystwie, a zwłaszcza Indze i Kindze, Wam należy się nagroda, że wytrzymałyście ze mną :P

I być może - Do następnego :*



&& Lirene płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-Panthenolem &&

6/01/2017

&& Lirene płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-Panthenolem &&

Nie będę owijać w bawełnę, że jestem miłośniczką miceli. Odkąd pojawiły się na rynku nie do końca byłam przekonana do nich, pozostając wierna podstawowemu mleczku i toniku. Kiedyś jednak sięgnęłam po jeden z Sylveco, i przepadłam. Był to jedyny micel, który spełniał wszystko to czego oczekiwałam od tego rodzaju produktu. Potem były kolejne z innych marek, ale niestety żaden mu nie dorównał. Wracałam więc wiernie do niego. Aż do teraz. Jakiś czas temu wpadła w moje ręce nowość marki Lirene, podeszłam sceptycznie, z pewną dozą ostrożności. Nie potrzebnie, bo okazało się, że stał się równie ulubionym co pierwszy pamiętny Sylveco. Płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-Panthenolem to propozycja marki przeznaczona do każdego rodzaju cery, w tym również wrażliwej. Czym mnie kupił, za co go polubiłam i czy znalazłam w nim jakieś wady, już Wam spieszę z odpowiedzią.

  

JEJ PRZEZROCZYSTA WYSOKOŚĆ 

"Dzięki technologii MICEL PURE&CALM płyn zapewnia delikatny i precyzyjny demakijaż, oczyszcza skórę, przywracając jej naturalne pH i pozostawiając ją świeżą i nawilżoną. D-panthenol zapobiega podrażnieniom skóry, przywracając jej komfort. Intensywnie nawilżający kompleks Moist Concept regeneruje naskórek oraz przywraca właściwy poziom nawilżenia skóry." 

Nowość marki została zamknięta w wysokiej i smukłej, charakterystycznej dla Lirene, przezroczystej butelce, wykonanej z miękkiego plastiku, przyodzianej w biało-różową etykietę informacyjną.  Zamykana u góry białą zakrętką z zatrzaskiem na klik. Nie ma więc problemu z aplikacją płynu. Wąski otwór zabezpiecza również przed nadmiernym wydobywaniem kosmetyku. Nie posiada żadnych walorów zapachowych czy wzrokowych. Jak zostało zaznaczone na etykiecie, idealnie usuwa makijaż i zanieczyszczenia, nawilża, a także koi i łagodzi podrażnienia. Przeznaczony również dla cer wrażliwych.
Wyróżnia go również dość obszerny skład w który wchodzi zaledwie 11 pozycji z czego początkowe prócz wody i gliceryny, to naturalne składniki w tym również mający działanie łagodzące tytułowy panthenol. W kolejności znajdujemy PPG-26 i PEG-40, BHT oraz nanosrebro, które znane jest z właściwości bakterio- i grzybobójczych. Na końcu ulokował się konserwant. Nie jest więc źle, tym bardziej, że jest to kosmetyk drogeryjny, za naprawdę niewielkie pieniądze.
Cena ok.13zł/200ml


Praktycznie od otwarcia go i pierwszego użycia wiedziałam, że się polubimy. Delikatne działanie i brak substancji zapachowych to jego ogromne plusy i pod tym względem zdecydowanie mnie kupił od początku. Dzięki temu nie wywołał łzawienia oczu, nie podrażnił i w delikatny sposób oczyszczał skórę. Nie jest idealny do mocnego makijażu, aczkolwiek i tak nieźle sobie z nim radził. Nawilżająca formuła zostawia skórę miękką i przyjemną w dotyku, nie ma więc mowy o jakimś ściąganiu czy nieprzyjemnym napięciu skóry. Nie wywołał również alergii, ani mnie nie uczulił. Płyn stosowałam dwa razy dziennie - rano służył mi do przemycia twarzy po nocy i jej odświeżenia, na koniec dnia z kolei do początkowego demakijażu, przed myciem. W obu przypadkach spisał się znakomicie.


Podsumowując, z czystym sumieniem mogę go polecić zwłaszcza osobom z wrażliwą cerą. Dzięki delikatnej formule micel nie podrażnia, nie wywołuje pieczenia czy łzawienia. Ładnie domywa makijaż. Dodatkowo przystępna cena za przyzwoity skład to jego dodatkowe walory.
Jest to kosmetyk do którego z chęcią jeszcze powrócę.

A Wy lubicie micele? Macie jakieś swoje ulubione? A może powyższy już miałyście okazję testować? Dajcie znać jak więc się u Was spisał :)
&& Sudio Swden, Łucznik i inne takie...czyli rzeczy kobiecie (nie)zbędne &&

5/27/2017

&& Sudio Swden, Łucznik i inne takie...czyli rzeczy kobiecie (nie)zbędne &&

Nie będzie typowo kosmetycznie, nie będzie analizy składu czy opisu opakowania. Będzie inaczej, mało kosmetycznie, chociaż i ten wątek się pojawi. Ale do rzeczy. Jakiś czas temu pisałam wpis o akcesoriach typowo kosmetycznych, które są mi bardzo pomocne, dziś natomiast chciałam poświęcić chwilę na inne akcesoria/rzeczy, które być może są zbędne, ale jakże umilają lub ułatwiają życie :) Chociaż i tutaj nie zabrakło mojego ostatniego nabytku - szczoteczki sonicznej, która porwała mnie całą sobą. A na końcu wpisu czeka Was niespodzianka w postaci zniżki na jedną z przedstawionych propozycji.


ZESZYTY, NOTESY I DUPERELE
Odkąd pamiętam, a dokładnie od dziecka, trudniłam się zbieractwem wszelkiego rodzaju notesików, zeszytów, kalendarzy. Kupowałam dla ładnej okładki, to przede wszystkim, ale też dlatego, że odkąd nauczyłam się pisać, wszystko lubiłam gdzieś notować...o tyle utrudniało to życie, że moje zapiski były wszędzie, a ja nie potrafiłam ograniczyć się do jednego kalendarza na dany rok. W finale jakby powyrywać kartki z tych wszystkich notesów uzbierałabym całkiem pokaźnych rozmiarów tomik własnych myśli spisanych. Byłam pewna, że kiedyś mi to przejdzie, ale gdzieżby, nadal trudnię się owym zbieractwem. Nie obejdzie się więc u mnie bez kolejnego zeszytu, notesu itd. Zapisuję w nich wszystko, wizytę u lekarza, cytat gdzieś usłyszany, czy ostatnimi czasy temat postu, który nagle pojawił się w mojej głowie. Zainwestowałam w planner na ten rok, pewna że będzie tym jednym jedynym, ale nic z tego, prócz tego że jest on cały skrupulatnie wypełniany, zapełniają się również białe kartki innych zszywek. A do tego jeszcze nie może braknąć kolorowych długopisów, zakreślaczy i naklejek. Ot taka już moja natura. Ewentualnie choroba.


ROMANSE, PORADNIKI I FANTASY
Wraz z oswojeniem pióra, nauczyłam się również (a jakżeby inaczej) czytać. O dziwo sztuka ta przyszła mi z niezwykłą szybkością, a do tego nie posiadłam problemu ze zrozumieniem tekstu czy zbyt wolnym czytaniem. Już pominę fakt, że kiedy byłam dzieckiem mogłam pomarzyć o komputerze/tablecie (ich nawet nie było), czy innym ustrojstwu, który na obecne czasy powoduje u dzieci odruch wymiotny na słowo książka. Kiedy miałam wolny czas - czytałam książki, lektur nie lubiłam, prócz jednej (pamiętam ją do dziś - Gustaw Grudziński "Inny Świat") . Sięgałam po wszystko byleby czytać. Uwielbiałam przenosić się w myślach i wyobrażać sobie bohaterów wg.własnych upodobań. Potem sięgałam po poradniki, czy książki naukowe. I do dziś bez książek się nie obejdzie. Może to być kolejna książka czy to o fotografii, czy to psychologiczny poemat o życiu, może być romans lub fantasy, ważne żeby była.


RÓŻOWA PIĘKNOŚĆ
Niby miały się tu znaleźć niezbędniki niekosmetyczne, aczkolwiek musiałam wspomnieć tutaj mój ostatni zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę, a mianowicie soniczna szczoteczka do twarzy. Nie byłam wcześniej przekonana do tych spłaszczonych jajek z jakimiś wybroczynami. Myślałam - co niby w tym fajnego. A jakże się myliłam! Okazuje się bowiem, że masaż podczas mycia twarzy stał się moją największą przyjemnością w czasie wieczornej kąpieli. Dodatkowo po dwóch tygodniach używania jej widzę naprawdę zdumiewające efekty. Twarz jest porządnie oczyszczona, rozszerzone pory pomału się zmniejszają. Nie mam niestety porównania do jej droższych koleżanek jak chociażby DermoFuture, ale mam w planach zakup czegoś z wyższej półki. A póki co korzystam z tej, która jest polskiej produkcji - marki Łucznik.


STYLOWA MUZYKA
Któż nie lubi słuchać muzyki? Chyba nie ma takiej osoby. To kolejna rzecz bez której się nie umiem obejść. Odkąd pamiętam zawsze w tle szło czy to radio czy jakiś program muzyczny, albo odtwarzacz. Czasem tylko szlag mnie trafiał, gdy chciałam posłuchać czegoś, a pod twarzą rozbawione tańczyły kabelki od słuchawek. Ale, ale...technika poszła do przodu i tym też sposobem zaopatrzyłam się w wynalazek, który znacznie ułatwia teraz wykonywanie pewnych czynności z słuchawkami w uszach. Marka SudioSweden to połączenie pięknego designu z przyjemnością płynącą z słuchania muzyki wszędzie i o każdej porze dnia. Tak więc do grona moich niezbędników dołączyły białe, przeplatane różowym złotem bezprzewodowe słuchawki, z którymi praktycznie się nie rozstaje. Na spacer, przy sprzątaniu, czytaniu książki, w podróży - wszędzie są ze mną i na dodatek dopełniają niejednokrotnie strój. Są idealne. Mają cudowne brzmienie, idealnie odzwierciedlają tony muzyczne, a prócz tego kiedy ktoś dzwoni mogę w końcu odebrać rozmowę bez wyciągania telefonu. Czy można więc chcieć więcej? Dla mnie to nieodwołalne must have tego roku. A jeśli i Wy macie ochotę zaopatrzyć się w taki cudny dodatek, zaglądnijcie na stronę https://www.sudiosweden.com/pl/ gdzie znajdziecie duży wybór słuchawek, a także case-ów pod wybrane modele telefonów, wierzcie mi, że te produkty uzależniają :) A kiedy zdecydujecie się na zakup, możecie skorzystać z 15% rabatu na hasło rozmaitosci15.


Oto lista moich rzeczy (nie)zbędnych, które znacznie ułatwiają, a także umilają mi czas. Zapewne i Wy macie takie cudaki, które są Wam potrzebne, zatem ciekawa jestem czy wśród moich propozycji znalazłyście swoje typy. Dajcie znać w komentarzu :)
Buziaki :*
Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne