&& Galifornijska przygoda z Benefit Cosmetics &&

4/19/2017

&& Galifornijska przygoda z Benefit Cosmetics &&

Rozwiane włosy, wplecione do nich świeżo zebrane kwiaty. Duże okulary przeciwsłoneczne, kolorowy, a wręcz pstrokaty strój i dobry humor. Mkniemy kabrioletem przez drogę, obok wybrzeża zachodniego USA, wiatr od strony Oceanu Spokojnego, niespokojnie rozwiewa nam włosy, od czasu do czasu porywając pączek z tropikalnego wianka. Słońce smaga odkryte ramiona. Z radia rozbrzmiewa ironiczno-wesoła pieśń Alberta Hammonda It Never Rains In Southern California....
Kalifornia...jeden ze stanów USA, na trzecim miejscu pod względem ludności, ale też i bogactwa. I właśnie tym blaskiem złota wymieszanego z niecodziennym kolorowym stylem surferki z lat 70 zainspirowała się amerykańska marka Benefit Cosmetics, wypuszczając w tym roku na rynek róż o przeinaczonej nazwie Galifornia.
Czy jednak ma szanse stać się hitem tego roku? A może obłędnie piękne i kuszące opakowanie to tylko powierzchowne piękno, które nie ma nic do zaoferowania? Przekonajcie się sami :)


Markę, trzeba zaznaczyć, iż wyróżnia wyszukany styl opakowań, a dodatkowo możliwość zakupienia miniatur, które zawsze można ze sobą zabrać. Osobiście jestem ogromną fanką tego typu rozwiązań i często z tak owych korzystam. 
Nie mogło więc obejść się bez pięknego designu nowego różu. Zainspirowane hipisowskimi latami 70, odziane w kolorową surferkę z ogromnymi okularami sympatycznie kusi nas, aby wyciągnąć po nie rękę. Jak przystało na markę, róż został ulokowany w kwadratowym, nieco kanciastym opakowaniu, wykonanym z grubego i porządnego kartoniku. Po otwarciu wieczka wewnątrz znajdziemy jeszcze lustereczko i charakterystyczny lekko zaokrąglony pędzelek. Dodatkową przyjemnością podczas aplikacji różu jest zapach, utrzymany w słodko-orzeźwiających tonach wanilii pomieszanej z różowym grejpfrutem.
Cena 159,00zł/5.0g


Można by napisać, róż jak róż i na tym zakończyć, tyle że już sama cena zmusza, aby jednak w kilku zdaniach opisać galifornijskiego gagatka. Bo niestety z zimną krwią pomimo jego słonecznego blasku śmiem napisać, że nie jest wart swojej ceny. Choć na miano bubla nie zasłużył na szczęście. Kiedy dostałam go od mojego męża na dzień kobiet piałam z zachwytu nad nim, kilkukrotnie aplikowałam go na dłoń wychodząc z podziwu jakiż to on piękny jest, a ten zapach i ta złota poświata, ochy i achy, żal mi go było używać z tego wszystkiego, aż w końcu nastał dzień, kiedy to trafił na moje policzka. I się zaczęło.


Zanim zaczniemy go używać zdobi go pozłacany wzór tłoczonego słoneczka. Nie powiem wygląda to bardzo ładnie. Niestety już po pierwszej styczności z pędzlem złota poświata zaczyna znikać, a wraz z kolejną pozbywamy się jej całkowicie. W ostateczności "słoneczko" zostaje nam różowe. Kiedy aplikowałam go na skórę dłoni-palcem, żeby zobaczyć kolor, odcień wyglądał obłędnie. Schody zaczęły się wraz z aplikacją go pędzlem. Jedno muśnięcie na policzki to efekt praktycznie "bez efektu", drugie niemalże tak samo, dopiero przy trzecim widać jakiś rumieniec. Tyle, że przy trzecim razie mam wrażenie, że u mnie jest już zbyt intensywny, nachalny. A przy pierwszych dwóch nadal wydaje mi się być za blady. Tak więc pomimo wszystko najbezpieczniejszą, choć najmniej widoczną opcją  jest jedno-dwa muśnięcia, czyli uzyskanie niby rumieńca. Odcień różu to koralowo-brzoskwiniowy kolor, który nadaje skórze lekkiego słonecznego blasku delikatnie ją rozświetlając dzięki złotym drobinkom, jednak nie jest to typowe rozświetlenie, a bardziej subtelny efekt "glow", co zadowoli zapewne osoby, które nie lubią zbyt nachalnego błysku. Niestety róż dość szybko się ściera, więc nie mamy co liczyć na długotrwały efekt.
Jeśli chodzi o aplikację, najlepiej w jego przypadku sprawdził się u mnie załączony do opakowania pędzelek, którym rozcieranie go szło najlepiej i bezproblemowo. Niestety moje pędzle nie chcą z nim współpracować jak należy.


Cóż podsumowując go niestety nie czuję do niego wielkiej miłości. Kolor faktycznie jest piękny, idealny na wiosnę i okres letni, dodatkowo będzie rewelacyjnie współgrał z każdym typem urody. Zarówno blondynki, jak i brunetki, a także rudzielce powinny odnaleźć się w tym odcieniu.
Niestety jednak jego pigmentacja i trwałość pozostawiają wiele do życzenia, a za tą cenę miałabym dwa lub trzy inne, jak chociażby ulubiony z Bourjois, który towarzyszy mi od lat i nigdy nie zawiódł. Co najlepsze róże marki Benefit to powiedzmy ich popisowe produkty, mam w domu np. Dandelion w odcieniu jasnego różu i jestem nim zachwycona, mam puder brązujący Hoola, który również czasem używam jako róż i też mnie nie zawodzi, a tu jednak brakło mi efektu WOW. Nie oczekiwałam cudów, aczkolwiek patrząc na cenę i renomę marki wolałabym obdarzyć go jakimś uczuciem. Mój zachwyt nad nim skończył się bardzo szybko, i jak wniebogłosy nawijałam jaki to cudowny jest, tak muszę teraz pochylić głowę i przyznać się, że czuję się nim lekko rozczarowana, a moje zachwyty nad nim spowodowane były próbnymi aplikacjami na dłoń, co ma się nijak do rzeczywistości. Mój kalifornijski sen prysnął niczym bańka mydlana. Szkoda, bo widząc tego cudaka w Sephorze miałam ogromną chrapkę na niego, a tym samym pokładałam w nim jakieś nadzieje. Coś jednak mi w nim nie pasuje, niezbyt dobra pigmentacja, szybka ścieralność i problem z aplikacją nieco ostudziły moje zapały, a może jak na złość mam taki typ urody, że zwyczajnie nie pasujemy do siebie? Nie poddam się jednak tak łatwo i nadal będę z niego próbowała wycisnąć to co najlepsze. Może w końcu się uda.
Próbowałam zrobić zdjęcie jak prezentuje się na mojej twarzy, ale niestety nie udawało mi się to, miałam ciągle wrażenie, że go nie widać, a z kolei gdy aplikowałam go nieco więcej, żeby wydobyć kolor, nie podobał mi się efekt końcowy, dlatego wklejam Wam zdjęcie ręki, co mnie niezbyt satysfakcjonuje.

Macie Galifornie w swoich zasobach? Jesteście z niej zadowolone? A może tak samo jak ja nie do końca przypadliście sobie do gustu?
&& Wiosennik | Powiew Wiosny, czyli mój wiosenny hit | Daisy Dream Marc Jacobs &&

4/16/2017

&& Wiosennik | Powiew Wiosny, czyli mój wiosenny hit | Daisy Dream Marc Jacobs &&

Kolejną część naszej akcji okrzykniętej Wiosennikiem postanowiłyśmy przeznaczyć zapachom. Dziś więc będzie krótko (a przynajmniej u mnie) i pachnąco. Po części temat tego wpisu dał mi kopa, aby w końcu zaglądnąć w czeluście moich zbiorów perfum. Wpierw chciałam zrobić przegląd wszystkich, aczkolwiek potem doszłam do wniosku, że poświęcę ten post tylko jednemu, jedynemu, a może jednej i tej jedynej? Daisy Dream Marca Jacobsa, bo o niej dziś mowa, to filigranowa buteleczka pełna najpiękniejszych fantazji, odziana w kwiaty i słodkie pragnienia, idealnie współgrająca z obecną porą roku.


Zapach Daisy Dream został wprowadzony do sprzedaży w 2014 roku. Zainspirowany wiosną i zbliżającym się latem, został wzbogacony w przyjemne nuty tropikalnych aromatów. Idealnie wpasował się w zbliżający się ciepły okres. W nucie głowy, pierwszej jaką czuć po rozpyleniu umieszczono owocowy koktajl z jeżyn, grejpfruta i gruszki. Otuli więc nas lekki słodko-owocowy zapach z delikatnym orzeźwieniem, który przeniesie nas w krainę marzeń, ku fantastycznej przygodzie, gdzie wiatr rozwiewa włosy, a słońce lekko nagrzewa nasze ciało, możemy zapomnieć o troskach i zmartwieniach, w naszym owocowym sadzie nie ma na nie miejsca. Pierwsze zmysły są zaspokojone, nasze serce pomału ogarnia bezbrzeżne szczęście, wypełniając je nutami jaśminu z dodatkiem śliwki liczi i niebieskiej wisterii. Dodając nam kobiecego wdzięku, z gracją obejmują każdy kawałek ciała. Ciiiii...słyszysz szelest liści? To wiatr uderza o korony palm. Smaga je ciepłym powietrzem, kołysząc je na boki. W oddali słychać delikatny szum morza...To podstawa, odziana w wodę kokosową, aromat białych drzew i piżma...


Woda toaletowa Daisy Dream została zamknięta w pięknym okrągłym flakoniku, ozdobionym białymi kwiatami. Trwałość wody jest na przyzwoitym poziomie, choć patrząc na markę perfum można by wymagać nieco więcej. Pomimo tego daje się lubić i nadal należy do tych pożądanych zapachów. Zapach to dość charakterystyczne zestawienie, które może wydawać się na początku nie do końca przemyślane, jednakże już podczas pierwszej aplikacji okazuje się, że nasze obawy są bezpodstawne. Jest lekki, przyjemny i nie duszący pomimo słodkich nut w składzie. Cóż więc mogę więcej napisać. Pomimo małych niedogodności perfumy jednak stały się moimi ulubionymi na obecna porę. Dodatkowo fikuśnie wyglądający flakon efektownie zdobi obecnie toaletkę. To zapach, który zostaje ze mną na wiosnę.
Na rynku dostępne są trzy pojemności: 30/50/100 ml w cenach 130-220 zł (ceny z perfumerii iperfumy.pl)


Powiew wiosny znajdziecie również u pozostałych dziewczyn biorących udział w akcji. Zaglądnijcie więc do nich, jeśli szukacie pachnących inspiracji :)

- Kinga z bloga Blond Blog proponuje, aż trzy zapachy na wiosnę.
- U Magdy z bloga Delishe znajdziecie propozycje nieco inne, bo w postaci wosków zapachowych.
- Inga z bloga Like a Porcelain Doll w poście umieściła kilka zapachów, które wprowadzą Was w pozytywny nastrój w czasie odwilży
- Natalia Elfik również proponuje swoje trzy typy :)
- Pati z bloga Beautypedia Patt pisze o swoim ulubieńcu, na blogu więc rozgościł się Michael Kors.

A jakie są Wasze ulubione zapachy na wiosnę? A może macie stałego ulubieńca, który towarzyszy Wam bez względu na panującą porę roku?

UWAGA!!!
Wczoraj miały ukazać się wyniki rozdania urodzinowego. Rozdanie skończyło się równo w dniu kiedy blog obchodził 2 lata czyli 12 kwietnia. Niestety nie byłam wczoraj już myślącym człowiekiem, na tyle , aby podać je publicznie, zwłaszcza, że zgłosiło się Was 73 osoby i było w czym wybierać. Ale już Wam spieszę z wynikami.

Toner Bentona z maseczką aloesową Skin79 leci do Oli z bloga Zielony Pokoik
Paleta Zoeva z kolei leci do Kingi z bloga Blond Blog

Dziewczyny zaraz piszę do Was maile. Gratuluję serdecznie!!!Pozostałym osobom również serdecznie dziękuję za udział w rozdaniu, jak i za to, że ze mną jesteście. Wiecie, że gdybym mogła nagrodziłabym każdą z Was, ale niestety tak się nie da. Ale, ale...długo zapewne nie wytrzymam i niebawem pojawi się kolejne rozdanie, więc mam nadzieję, że ze mną zostaniecie:)

Buziaki :*

&& Słodka (i nietucząca) uczta z Full Mellow &&

4/14/2017

&& Słodka (i nietucząca) uczta z Full Mellow &&

Są dni kiedy na wieczór jedyne o czym myślę, to szybki prysznic, zmycie makijażu i szybki sus do łóżka. Ale są też dni kiedy mam nieodpartą ochotę nalać wodę do wanny, dodać jakiegoś umilacza, który tworem piany pokryje jej drugą część, zanurzyć się w niej i oddać błogiemu relaksowi. A kiedy jeszcze ten umilacz swoim zapachem otula całą łazienkę, czuję się podwójnie szczęśliwa. Wiem jednak, że nie każdy ma taką cudowną rzecz jak wanna i nie każdemu jest dane oddać się tej rozkoszy, a w dzisiejszym poście będzie właśnie o kąpielowych cudach, ale nie martwcie się mam dla Was pomysł, w którym możecie całkiem śmiało wykorzystać dzisiejszych bohaterów.
Biały, ubity puch, obsypany kakao, różowy krem przywodzący na myśl truskawkową masę, a może sól przypominająca swoim wyglądem strzelające cukierki? Zapraszam na ucztę, iście słodką i aromatyczną, a przy tym wszystkim nietuczącą i bez kalorii.

Full-Mellow , bo to o nich dziś mowa to u nas marka jeszcze mało znana i dopiero rozwijająca swe skrzydła na polskim rynku. Angielska produkcja, oferująca nam totalnie piękne kąpielowe produkty, które działają nie tylko na wyobraźnie, ale i na nasze zmysły. Jest słodko i pachnąco.
Pierwsza filia w Polsce gdzie można stacjonarnie kupić ich produkty znajduje się w salonie fryzjerskim Monami w Poznaniu przy os. Zwycięstwa 19. Jest to jedyny na razie punkt sprzedaży na terenie Polski, co jednak jeszcze w tym roku ma ulec zmianie. Już w maju zostanie otwarty sklep on-line, a także powstały plany na kolejne sklepy/filie w innych miejscowościach jak Kraków, Warszawa czy Gdańsk. Kiedy tylko otrzymam informację o nowych miejscach dam Wam znać.


W ofercie marki nie brakuje różnokolorowych muffin, aromatycznych soli kąpielowych, pięknie wyglądających organicznych mydełek, są też mazidła do ciała. Co ich wyróżnia? Składy moi drodzy, w większym procencie, są na bazie naturalnych składników idealnie współgrających ze skórą. Wśród nich znajdziemy naturalne oleje takie jak olej avocado, ze słodkich migdałów, kokosowy itd. A także naturalne sole. Oczywiście w spisie znajdziemy również barwniki i substancję zapachową, a także w muffinach i kulach substancje pieniące, jednak znajdują się one na szarym końcu.
Wszystkie produkty zabezpieczone są foliami, a prócz tego pakowane np. w przypadku muffin w urocze, przypominające domki tekturki czy np.kule kąpielowe dodatkowo otrzymujemy owinięte w celofan i związane kolorową wstążką. Na każdym opakowaniu znajdziemy naklejkę lub doczepiony kartonik z podstawowymi informacjami jak skład, datę ważności, sposób użycia i adres firmy. Ja osobiście bardzo cenię sobie kiedy marki dbają o takie szczegóły.


CZEKOLADOWA SŁODYCZ, GUMA BALONOWA I SZCZYPTA PRZYPRAW
Muffiny jakie oferuje nam marka to nie tylko rozpuszczalne w wodzie babeczki. Już pominę fakt ich obłędnego wyglądu i żalu z jakim nam przychodzi się zmierzyć kiedy mamy zamiar je utopić w wannie. Muffiny składają się z dwóch części, które należy od siebie oddzielić - jedna, dolna po wyjęciu z kolorowego papierka wrzucona do wody zaczyna pięknie musować, a także barwić wodę. Dodatkowo pod wpływem ciepłej wody wytwarza nam pianę. Również dzięki ciepłu uwolniony zostaje aromat zależny od wybranej babeczki. I tak czekolada da nam obłędnie słodki aromat kakao, a przyprawy zimowe wyczuwalne nuty żurawiny, cynamonu i korzennych aromatów. Guma balonowa za to przypomni nam o latach dzieciństwa. W sprzedaży są również dostępne takie zapachy jak arbuz, miód i mleko, lawenda, konwalia z bzem i lilią, a w niedalekiej przyszłości mają również powstać kolejne kompozycje.
Druga część, górna, która przypomina swoim wyglądem bitą śmietanę bądź krem cukierniczy, to nic innego jak peeling do ciała. Po aromatycznej kąpieli, możemy więc zadbać o nasze ciało dodatkowo wykonując kremowy masaż. W kremie zostały umieszczone małe drobinki soli, które w delikatny sposób oczyszczają z martwego naskórka, nadają skórze gładkość, a dzięki zawartości olejków przyjemnie nawilżają.
A co jeśli mamy prysznic, a o wannie możemy pomarzyć - nic straconego. Dolną część możecie zużyć jako kąpiel do stóp, dodając ją do miski z wodą, a górę wykorzystać pod prysznicem jako wspomniany wyżej peeling.
Muffinki otrzymujemy zafoliowane oraz dodatkowo zamknięte w zabezpieczający je kartonik.


STRZELAJĄCE CUKIERKI DLA MAŁEJ (DUŻEJ) DAMY
W ofercie marki dostępne są również sole do kąpieli. Do wyboru mamy jaśmin, cytrusy, konwalia z bzem i lilią. Ja zdecydowałam się na pierwszą nutę zapachową. Jaśmin kojarzy mi się z lekkością, ulotnymi chwilami, fantazją. Czując ten zapach przenoszę się gdzieś do krainy bajek. Dodatkowo wygląd soli, przywodzi mi na myśl strzelające cukierki. Pamiętacie je? Za moich dziecięcych czasów kupowało się takie saszetki w których wnętrzu znajdowały się grube granulki, ileż było zabawy kiedy lądując w naszej buzi wydawały dziwne dźwięki. Tak, ta sól przypomina mi okres dzieciństwa, cudowne czasy kiedy żyło się bez stresu nie myśląc o dniu następnym. Teraz stres jest nieunikniony, dodatkowo żyjemy w biegu. Ale kiedy przychodzi wieczór można złapać oddech, a jeśli jeszcze mamy możliwość zanurzenia się w wannie, otulając się przy tym uspokajającym zapachem, to więcej do szczęścia nie potrzebuje, tak jak dziecko mające strzelające cukierki...
Sole zamknięte są w plastikowych butelkach o pojemności 300 g. Dodatkowo zabezpieczone srebrną membraną przed dostępem powietrza. Wynika to z faktu, iż sól po otwarciu nieco "pęcznieje". W składzie znajdziemy prócz podstawowego składnika jakim jest sól, olejek z migdałów, ekstrakt z winorośli oraz naturalną substancję zapachową zależną od wybranej nuty zapachowej. Nie znajdziemy tu substancji sztucznych, barwników, ani syntetycznych aromatów. Nie ma również SLS-ów, ani SLES-ów.
Sól po dodaniu do wanny nie rozpuszcza się łatwo, jest dość gruba więc trzeba chwilę odczekać. Zapach po dodaniu do ciepłej wody praktycznie od razu atakuje w przyjemny sposób nasze nozdrza. Jaśmin jest lekko słodkawy, z przebijającą się lekko gorzkawą nutą. Działa uspokajająco i relaksująco. Fanki piany mogą się czuć nieco zawiedzione, gdyż z powodu braku substancji pieniących nie ma co na nią liczyć. Pomimo tego (a fanką piany jestem ogromną) sól polubiłam bardzo.
I jedynym minusem jaki w niej znalazłam to opakowanie. Jak wspomniałam wyżej jest to butelka, która zamykana jest na zatrzask w którym jest mały otworek, niestety jest tak mały, że wydobycie przez niego soli jest praktycznie nie możliwe. Na szczęście zatyczka jest odkręcana, ale myślę, że o wiele wygodniej byłoby, gdyby butelkę zastąpił zakręcany słoiczek.


KONWALIOWA BOMBA DO KĄPIELI
Koleją propozycją i zarazem już ostatnią jaką dla Was mam, są kule kąpielowe, które producent nazwał bombami. Na chwilę obecną do wyboru są takie nuty zapachowe jak truskawka, cytrusy oraz konwalia z lilią. Ja zdecydowałam się na tę ostatnią. Nie przepadam za owocowymi zapachami w produktach do kąpieli czy pod prysznic, więc nuty kwiatowe wydały mi się najodpowiedniejsze.
Kula jak kula po wrzuceniu do wanny zaczyna musować, wydobywając tym samym piękny aromat kwiatowy. Pomimo połączenia konwalii z lilią, przeważają tu tony konwalii, dzięki czemu zapach nie jest mdły. W składzie znajdziemy dobroczynne olejki takie jak avokado, kokos czy migdał. Bomba również wytwarza pianę, jednak nie w dużej ilości. W przypadku kul znajdziemy również w nich barwnik nadający wodzie odpowiedni kolor. W przypadku mojej konwalii była to barwa niebieska. Dodatkowo przyozdobiona została z wierzchu pręcikami lilii (tak mi się zdaje) co wygląda bardzo przyjemnie i dodaje jej jeszcze większego uroku.
Kula zapakowana jest w folię, a dodatkowo w przeźroczysty celofan z wstążką, i dołączoną karteczką z opisem, a także składem. Jest na tyle duża, że można ją śmiało wykorzystać na dwa razy.


Jak wspomniałam na wstępie wszystkie produkty Full-Mellow dostępne są stacjonarnie w Salonie Fryzjerskim Monami w Poznaniu, lub ewentualnie można napisać przez stronę Fb > tutaj do firmy wiadomość z chęcią kupna. Natomiast w maju nastąpi oficjalne otwarcie sklepu on-line, o którym na bieżąco Was będę informować.

Jak Wam się podobają takie umilacze? Ciekawa jestem czy skusicie się na jakieś?
&& Lily Lolo, naturalny krem BB -  Cream BB Fair &&

4/12/2017

&& Lily Lolo, naturalny krem BB - Cream BB Fair &&

W całym ferworze walki przedświątecznej coraz ciężej znaleźć odrobinę czasu na napisanie czegokolwiek, też tak macie? Do tego kapryśna pogoda nie daje za wygraną i albo świeci piękne słońce, albo leje i jest szaro. Kwiecień plecień...raz zimno, raz ciepło. Nie wiem czy już mi minęło to tzw. przesilenie wiosenne, czy jeszcze nie, aczkolwiek ostatnio straciłam wenę i za wszelką cenę próbuję ją odzyskać. Jednak nie przedłużając, przejdźmy o krok dalej. W marcu powstał post o minerałach, który potraktowałam jako powiedzmy wprowadzenie, taką pierwszą część do kolejnych wpisów. W poście tym mogłyście poczytać o podstawowych informacjach na ich temat, jak np o składach podkładów czy to pudrów, czym je nakładać i o ubocznych skutkach, które często na początku stosowania minerałów występują. Dziś natomiast zapraszam Was na recenzję jednego z kosmetyków mineralnych, tym razem płynnego Cream BB Lily Lolo.
Ciekawi jak się spisuje, czy jest warty swojej ceny i czy dał się polubić?


Mam wrażenie, że minerały każdej marki łączy jedna podstawowa rzecz - schludny wygląd zewnętrzny. Jednak to produkty Lily Lolo zwracają moją uwagę najbardziej. Biało-czarne minimalistyczne opakowania, są schludne w odbiorze i miłe dla oka. Co prawda nie unikniemy przez to zabrudzeń, ale wystarczy je przemyć ściereczką i z powrotem wyglądają jak nowe.
Krem BB Lily Lolo dostajemy zapakowany w biały kartonik, na którym widnieją podstawowe informacje jak skład czy data przydatności po otwarciu. Wewnątrz znajduje się wykonana z miękkiego plastiku tubka z wyciskanym dozownikiem (który działa bez zarzutu) o pojemności 40ml. Jest to fajny, higieniczny sposób na użytkowanie produktu.


Skład kremu wygląda przyzwoicie, choć niestety nie jest on w 100 % naturalny. Prócz naturalnych olejów znajdziemy w nim również kilka emolientów czy konserwantów. Brak natomiast w nim syntetycznych silikonów oraz sztucznych barwników. Poza tym składniki syntetyczne zostały ulokowane daleko w składzie i w odpowiednich dozach, a większą przewagę tworzą jednak wyciągi naturalne.
Skład: AQUA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, GLYCERIN, COCO-CAPRYLATE, CETEARYL OLIVATE, SORBITAN OLIVATE, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, TRITICUM VULGARE (WHEAT) GERM OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL, ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL, STEARIC ACID, CETYL ALCOHOL, GLYCERYL STEARATE, BORON NITRIDE, BENZYL ALCOHOL, PARFUM, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, TOCOPHEROL, ALOE BARBADENSIS LEAF JUICE POWDER, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL, PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL, DEHYDROACETIC ACID, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, SODIUM HYALURONATE, LIMONENE, LINALOOL, BENZYL BENZOATE, BENZYL SALICYLATE, CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)



Kremy BB to jedne z fajniejszych wynalazków w świecie kosmetycznym. Połączenie właściwości pielęgnacyjnych z upiększającymi powoduje, iż krem BB znajdziemy praktycznie w każdej kosmetyczce. Jego zadaniem jest nawilżyć, ujednolicić koloryt, wygładzić, zakryć choć w pewnym stopniu niedoskonałości, rozświetlić, a przy tym zachować ochronę dla skóry. Problem w tym jednak, że większość dostępnych na rynku kremów tego typu ma niezbyt fajne składy i niestety działa zapychająco (mówię tu oczywiście o tych drogeryjnych) dlatego krem mineralny Lily Lolo to ich przeciwieństwo i świetna alternatywa dla naszej skóry.
Krem BB Lily Lolo posiada wszystkie te właściwości w mniejszym lub większym stopniu. Wg producenta krem posiada lekką formułę, w której skład wchodzą składniki odżywcze, posiadające właściwości przeciwstarzeniowe oraz nawilżające. Wyrównanie koloru skóry uzyskujemy natomiast dzięki zawartości naturalnych, mineralnych pigmentów. Może być stosowany jako podkład o lekkim kryciu, dający efekt zdrowej cery i nadający jej promienności lub jako baza pod podkład mineralny. Bez silikonów, w składzie posiada naturalne antyoksydanty, a także składniki nawilżające jak aloes czy hialuronian sodu, działa antybakteryjnie. A jak to się odnosi do rzeczywistości? Już Wam piszę.


Jestem bladziochem, takim z prawdziwego zdarzenia, więc kiedy kupuję podkłady czy kremy BB zawsze sięgam po te najjaśniejsze, a i tak niejednokrotnie okazują się za ciemne. W przypadku tych kremów na stronie producenta mamy do wyboru tylko trzy odcienie: fair, light i medium. Oczywiście w moim przypadku stanęło na pierwszym, ładnie nazwanym "bladym". Jest to bardzo jasny odcień, wpadający w chłodne, lekko różowe tony. Bałam się trochę na początku, że będzie dla mnie za jasny, jednak przy pierwszej aplikacji okazało się, że bardzo ładnie współgra z moją skórą, a wtapiając się w nią idealnie wyrównuje koloryt. Kolejnym zaskoczeniem dla mnie jest zapach kremu. Świeży, lekko cytrusowy, z wyczuwalną nutą mięty, dość intensywny przez kilka pierwszych chwil, po zaaplikowaniu jednak jego intensywność maleje i pozostaje tylko nuta świeżości. Pomimo dość mocnego zapachu nie wywołuje łzawienia, ani jakiś innych nieprzyjemności.
Jak sam producent zaznacza w opisie, krem BB nie należy do bardzo, ani nawet średnio kryjących. Osobiście jestem z tego faktu zadowolona, jednak jeśli Wasza skóra boryka się z większymi problemami, nie ma co liczyć na zakrycie ich. Krem ładnie wyrówna koloryt, zakryje przebarwienia, ale nie zakryje większych zmian. Chyba, że zastosujemy go pod podkład, a do tego dołożymy korektor. Druga sprawa to jego aplikacja. Krem dość szybko zastyga, najlepiej więc nakładać go za pomocą palców, rozgrzewając go wpierw i dopiero wtedy aplikując na skórę twarzy szybko wsmarowując. Dzięki temu uzyskamy ładny i równy efekt. Ogromnym plusem jest w połączeniu go z podkładem mineralnym brak rolowania, krem świetnie nawilża, nie "ściąga" skóry i ładnie ją wygładza.


Cóż więc mogę powiedzieć podsumowując go. Krem spełnił moje oczekiwania. Nie należy do typowo kryjących produktów, aczkolwiek tak owego nie szukałam. Nie mam problemów ze skórą, która wymagałaby porządnego krycia, jedynie muszę walczyć z jej suchością, a jak wiadomo przy minerałach należy zadbać o odpowiednie jej nawilżenie. W tym przypadku krem spisał się więc świetnie, odpowiednio nawilżył i przygotował skórę pod makijaż mineralny. Jednak osoby z dużymi zmianami skórnymi, mogą nie być zadowolone z efektu. Na plus również w przypadku kremu okazuje się skład, który nie powoduje zapychania, nie należy do ciężkich kremów, a wspomniana wyżej formuła rzeczywiście jest lekka i przyjemna. Również kolorystycznie okazał się idealny. Jeśli chodzi o trwałość jestem nim również miło zaskoczona. Pierwszy raz użyłam go jadąc do Zakopanego na całodzienną wycieczkę, nie chciałam się specjalnie malować więc postawiłam wtedy na kosmetyki mineralne, które pozwolą mojej skórze oddychać. Ku mojemu zdziwieniu po kilkunastu godzinach twarz nadal była ujednolicona, gładka i jedyne co wymagało poprawki to lekkie przypudrowanie czoła i policzków. Tak więc trwałość jak najbardziej na plus. I tak naprawdę jedynym minusem jaki w nim znalazłam jest szybkie wysychanie podczas aplikacji, chociaż i to jest kwestia czasu - wystarczy się nauczyć go nakładać. I niestety cena. Pomijając jednak te dwa małe minusiki, krem ze względu na swoje walory okazuje się być niemalże idealny wśród dostępnych kremów BB.



Kosmetyki Lily Lolo możecie kupić na oficjalnej stronie dystrybutora > tutaj , a ostatnio nawet pojawiły się stacjonarnie w Drogerii Pigment w Krakowie, można więc podejść i zobaczyć sobie na żywo wszystko.
Cena kremu BB to 75,50zł/40ml

Ciekawa jestem Waszego zdania na jego temat? Lubicie w ogóle kremy BB? Stosujecie je zamiast podkładów, albo pod makijaż mineralny?
&& Body Art Youth Ambrosia Serum Dr.Irena Eris, Bogate Serum Antiaging do ciała, czyli czas na odmłodzenie &&

4/10/2017

&& Body Art Youth Ambrosia Serum Dr.Irena Eris, Bogate Serum Antiaging do ciała, czyli czas na odmłodzenie &&


Która z nas nie marzy o latach kiedy nasza skóra była przyjemna w dotyku, miękka, a żeby znaleźć chociaż kawałek z cellulitem trzeba było się nie lada namęczyć. A i tak poszukiwania nic nie dawały, bo zwyczajnie go nie było. Ale to było ileś tam lat temu, potem wraz z upływem czasu, nasza skóra stała się zwiotczała, nie jest już tak napięta i gładka, a pośladki i uda zaatakował wróg numer jeden - wspomniany cellulit. Na szczęście obecny rynek został zrewolucjonizowany i podejmując walkę z czasem, możemy choć w pewnym stopniu zniwelować oznaki starzenia. Co prawda mając już grubo po 30 nasze ciało nie osiągnie wyglądu lekko różowej, przyjemnej w dotyku dupci niemowlaka, ale sięgając po odpowiednie produkty, możemy ją co nieco podrasować. Przed Wami Bogate Anti-Aging Serum do ciała Body Art Youth Ambrosia Serum Dr.Irena Eris.


Z tego co kojarzę szata graficzna produktów uległa nieco zmianie, poprzednia wydawała się nieco krzykliwa, obecna stała się bardziej stonowana. Jednak jak przystało na markę nowa linia kosmetyków dr.Irena Eris Body Art nadal utrzymana jest w minimalistycznej oprawie. Srebro, biel, czerń i bordo, przywodzą na myśl luksus. To jedna z tych rzeczy za, którą cenie sobie bardzo ich produkty. Łącznie w ofercie znajdziemy 6 produktów, mających na celu kompleksową pielęgnację ciała, poczynając od dłoni, a kończąc na biuście. Ja zdecydowałam się na test serum, nie wiem czy zostało to spowodowane moim wiekiem, czy zwyczajnie zachwyciła mnie jego nazwa, ale wydał mi się zaraz po kremie do biustu najbardziej kuszącym z całej linii. Wg. obietnic producenta serum zapewnić ma poprawę elastyczności skóry oraz w perfekcyjny sposób ją wygładzić. W jego składzie znajdziemy m.in. proteinową frakcję Cucurbita pepo, która wzmacnia proces odmładzania oraz chroni i regeneruje włókna kolagenu i elastyny. W finale mamy uzyskać jędrną i odżywioną skórę dodatkowo chronioną kompleksem lipidów, mających na celu odbudowę naturalnego płaszcza lipidowego skóry. Brzmi zachęcająco, prawda? A do tego skład również jest godny uwagi. Zaraz po wodzie znajdują się takie pozycje jak: masło shea, olej z nasion palm atalii in. babassu, po nich gliceryna, a po niej dopiero kilka emolientów. W składzie znajdziemy również wiele składników aktywnych takich jak wspomniana wyżej Cucurbita Pepo, czyli wyciąg z pestek dyni, ceramidy, wyciąg z kakaowca, cholesterol czy wosk roślinny pozyskiwany z oliwek.

Składniki:/lngredients (INCI): Aqua (Woter), Butyrospermum Parkii (Shea) Butler, Orbignya Olcifcro (Bobossu) Seed Oil, Glycerin, Pentaerythntyl Tetroisostearate, Izopropyl Palmitote, Triethylhexonoin, Theobroma Cacao (Cocoo) Seed Butter, Butylene Glycol, Dimcthiconc, Cctyl Alcohol, Glyceryl Steorote, Isononyl Isonononoofe, Ceteoryl Alcohol, PEG-75 Stearate, Cyclopentosiloxone, Methyl Mefhocrylote Crosspolymer, Prunus Amygdalus Dulds (Sweet Almond) Oil, Hydroxyocetophenone, Ccteth-20, Steorcth-20, Hydrogenoted Olive Oil Decyl Esters, Sodium Polyocrylofe, Polysilicone-1 1, Hydrolyzed Cucurbifo Pepo (Pumpkin) Seedcake, Efhylhexylglycerin, BHA, Sodium Louroyl Lactylote, Ceramide 3, Ceramide 6-11, Phytosphingosme, Cholesterol, Xanthan Gum, Carbomer, Ceramide I, Phenoxyethonol, Portum (Frograncc), Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Corboxaldchydc, Alpha-Isomethyl lonone, Linolool, Hydroxycitronellol. Coumorin, Hcxyl Cinnamal, Goraniol, Benzyl Benzoatc


Serum otrzymujemy w podwójnym ofoliowanym kartoniku, wewnątrz którego znajduje się pięknie prezentujący słoiczek o pojemności 200 ml zakręcany srebrną nakrętką. Dodatkowo w opakowaniach kosmetyków Dr.Irena Eris schowane są karteczki z kodami, które zgłaszać można na stronie klubu - Holistic Club .Zachęcam zaglądnąć na stronę i się zarejestrować, z kodów z opakowań uzyskujemy punkty, które potem możecie wymieniać na naprawdę fajne nagrody. Wróćmy jednak do serum.
Konsystencja jego jest zbita, kremowa choć dość lekka, przypomina jakby mus, o śnieżnobiałym kolorze. Serum szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze nieprzyjemnego uczucia lepkości. Ogromnym plusem i miłym zaskoczeniem jest zapach, który jest pudrowy i delikatny, a po zaaplikowaniu na skórę jeszcze długo się utrzymuje zmieniając się z czasem w delikatniejszy aromat.


Serum to kolejny produkt marki, który mnie zachwycił, chociaż początki nie należały do łatwych. Aby zobaczyć pierwsze efekty musiałam trochę odczekać. Dopiero po kilku aplikacjach, zaczęłam dostrzegać zmianę w wyglądzie skóry. Ograniczyłam jego stosowanie do najbardziej przesuszonych i pozbawionych jędrności partii ciała, czyli nóg, ud, pośladków i brzucha. Po około tygodniu, stosowania dwa razy dziennie, skóra w tych miejscach znacznie się poprawiła. Czuć wyczuwalną poprawę jędrności i stała się bardziej napięta i elastyczna. Śmiem twierdzić, że zasługą tego efektu jest brak w składzie substancji działających powierzchownie, natomiast zawartość aktywnych substancji potrzebuje czasu na swoją aktywację. Jest to duży plus zwłaszcza dla osób zmagających się z tendencją do przesuszania i brakiem odpowiedniego nawilżenia.
Podsumowując co prawda nie odmłodziłam się o 10 lat, ale...cieszę się obecnie miękką i nieco jędrniejszą w dotyku skórą i liczę, iż ten efekt zatrzymam na dłużej. Jest to godny polecenia produkt, który da nam niezwykłą satysfakcję użytkowania. 
Cena 85zł/200ml

Całą linie produktów Body Art Dr.Irena Eris znajdziecie na oficjalnej stronie sklepu >  tutaj lub w perfumeriach Douglas > tutaj .

Miałyście coś z serii Body Art? Albo może chcecie coś dopiero kupić? Chętnie poznam Wasze zdanie :)
&& Wiosennik | obudź wiosnę, czyli najgorętsze hity na najbliższy sezon &&

4/09/2017

&& Wiosennik | obudź wiosnę, czyli najgorętsze hity na najbliższy sezon &&

Takiego postu jeszcze u mnie nie było. I chociaż nosiłam się z zamiarem napisania tak owego odkąd powróciłam do pisania, tak wiecznie było mi nie po drodze. Do dziś. Powiew wiosny, pierwsze pąki na drzewach i światło, jeszcze nieśmiało wyglądających promieni słonecznych wywołało u mnie i u innych dziewczyn z blogów przypływ energii. Siedząc więc nad poranną kawą przy pogaduszkach padło hasło Wiosennik. Przez kolejne cztery niedziele, będą się pojawiały na naszych blogach posty, których tematem przewodnim będzie obecna pora roku.To czas na mobilizację, na motywację i na przygotowanie do lata. Będzie dużo ciekawych wpisów, w których mam nadzieję znajdziecie inspiracje dla siebie.
Na wstępie więc chciałam Was zaprosić na blogi dziewczyn, z którymi zorganizowałyśmy akcję, są to:
- Kinga z bloga Blond Blog , u której przeczytacie kilka cennych porad jak radzić sobie z przesileniem wiosennym    
- Inga z bloga Like a Porcelain Doll doradza jak korzystać z wiosennej aury, aby wydobyć z niej jak najwięcej
- Patrycja z bloga Beautypedia Patt w zabawny sposób opisuje idealny poranek typowej blogerki     
- Natalia z bloga  Elf Naczi rutyna wiosennego poranka, a dokładnie wpis o rzeczach ważnych i mniej ważnych kiedy możemy chwilę odpocząć
- Magda z bloga  Delishe nie wiecie od czego zacząć porządki wiosenne, zapraszam do Magdy, myślę że Wam pomoże :)         

Gorąco polecam zaglądnąć do dziewczyn :)


U każdej dziewczyny znajdziecie coś innego, ja natomiast zabieram Was dzisiaj na przegląd hitów modowych i kosmetycznych na najbliższy sezon wiosna-lato 2017. Hitów, które zwróciły moją uwagę. To jak budzimy wiosnę?

JAK GROCHEM O ŚCIANĘ
Groszki, grochy, kropki, kropeczki, a może ogromne koła? Duże, małe. Nie ważne, ważne żeby było okrągło. Wzór klasyczny, od lat przewijający się w świecie mody, jakże kobiecy. W tym jednak roku projektanci postawili na kolor. Już nie będzie czarno-biało, biało-czarno. Będzie kolorowo. Chociaż ja zostaję przy klasycznych zestawieniach kolorystycznych. Sukienki, bluzki, spodnie. Osobiście jestem tym faktem uszczęśliwiona, w zeszłym roku zainwestowałam w kilka takich ubrań i w tym roku mogę je śmiało nosić. Przoduje u mnie sukienka granatowa w białe grochy w stylu lat 60. Groszki to klasyka, w połączeniu z nowoczesnymi dodatkami stworzą nienaganny, współczesny strój, ale możemy też stworzyć nieco inny styl, idąc bardziej w stronę vintage. Tak czy inaczej z odpowiednio dobranym zestawem możemy stworzyć wyjątkową kreację na wieczór, lub lekki strój idealny na spacer.
Lubicie groszki?


MODA NA LUDOWO Z PASKAMI W TLE
Kiedy zobaczyłam w styczniu w jednym ze sklepów bluzkę w paski na której znajdował się motyw ludowy, trochu byłam przerażona. Jak to nosić no i z czym? Ale kiedy ją przymierzyłam, zobaczyłam jak wygląda chociażby z dżinsami, wiedziałam, że znajdę jej gdzieś miejsce w swojej garderobie. I tak stałam się szczęśliwą posiadaczką koszuli a'la folk. Ku mojemu zdumieniu dwa miesiące później przeglądając czasopisma ujrzałam całą masę ubrań w tym stylu. Połączenie pasków i motywu kwiatowego? Ma to sens. I wygląda bardzo dobrze. Jak dla mnie fajna odskocznia od nieco nudnych pionowych lub poziomych wzorów. Jeśli więc zastanawiacie się nad kupnem takiej bluzki, dłużej nie zwlekajcie, gwarantuje Wam przyjemność w jej noszeniu. A gdy boicie się tego połączenia, postawcie na gładką bluzę z motywem ludowym, lub chociażby torebkę zdobioną folkowym haftem. W tym sezonie moda na ludowo to obowiązkowy must have w każdej szafie.


CZERWONE KORALE, CZERWONE NICZYM WINO....
Czerwień pojawia się praktycznie co rok. Nie jest więc niczym nowym, ale ja wciąż mam wrażenie, że to kolor który wywołuje gęsią skórkę i którego zwyczajnie się boimy. Osobiście go uwielbiam i cieszę się, że znajduje swoje miejsce zarówno w sezonie jesienno-zimowym, jak i wiosenno-letnim. W tym roku króluje odcień nieco jaskrawszy, mocny. Możemy całkiem śmiało zainwestować więc w piękną czerwoną sukienkę na nieco większe wyjścia, albo po prostu w czerwone szpilki, które możemy wykorzystać na wiele sposobów. a kiedy naprawdę nie możecie się przemóc do tego koloru, postawcie na biżuterię, już same korale założone do białej bluzki i dżinsów stworzą bardzo przyjemny look. A no i nie zapomnijcie o koralowych ustach...


PASTELOWE LOVE I PUDROWY RÓŻ
Po nieco mocnej i charakterystycznej czerwieni czas na lekkość w kolorze. W tym roku z całej palety pastelowych barw króluje róż w odcieniu pudrowym. Delikatny, lekki i dziewczęcy. Idealny na wielkie wyjścia, ale i na co dzień. Doda wdzięku i uroku. Można go śmiało łączyć z innymi kolorami, róż i tak zachowa swoją subtelność.


ROMANTYCZNA KORONKA
Chyba z wszystkich propozycji na ten sezon ta cieszy mnie najbardziej. Od dziecka uwielbiałam delikatne materiały, tiulowe spódnice, lekkie, koronkowe sukienki. Pewnie dlatego, że kojarzyły mi się z księżniczkami. A jak każda dziewczynka marzyłam o byciu księżniczką, chociażby tylko po to żeby mieć kieckę z tiulu. Dziś jestem dorosłą kobietą, ale nadal coś widocznie z dziecka mi zostało, bo postanowiłam kupić ogromną, nieco bezowatą spódnicę pokrytą złotawym tiulem. Jest piękna. I idealnie się wtapia w obecny trend.
W tym roku wybiegi zdominowały zmysłowe przezroczystości. Tajemniczo odsłaniające skrawki ciała, rozgrzewające wyobraźnie. Cieliste, jasne, bardzo kobiece. I tylko od nas zależy czy chcemy pozostać w tej delikatności, czy pokazać nieco pazura.


WYCIECZKA NA SAFARI
Z czym Wam się kojarzy? Mi ze smaganą ostrym słońcem pustynią, z dziką zwierzyną biegającą wśród afrykańskich baobabów, z piaskiem, słońcem, z nieprzeoraną jeszcze naturą...
W tym roku projektanci jednak zrezygnowali z typowych zwierzęcych wzorów, które od kilku lat nonszalancko wojowały na wybiegach. W tym roku postawili na kobiecą zmysłowość, a stroje militarne ozdobili falbanami. Do nieco męskich spodni dodali kobiecy szyk. Do tej pory modne długie spódnice i sukienki, zostały nieco skrócone. A to wszystko w pięknych barwach inspirowanych dziką Afryką. Ciepłe beże, zimne popiele, kolory khaki, brązy. Jaki kolor wybieracie? Ja stawiam na piękną zieleń w odcieniu khaki.


RÓŻOWE Z CZERWONYM...
Nieodwołalnym hitem wśród tegorocznych propozycji w kwestii makijażu zostały dwa kolory. Róż i czerwień. W przypadku tego pierwszego podkreślamy policzki, dodajemy nim blasku przy wykorzystaniu różu z drobinkami rozświetlającymi, albo możemy nieco zaszaleć aplikując go jako cień na powieki. Ma być subtelnie, delikatnie, dziewczęco i pogodnie.
Inaczej wygląda sytuacja z czerwienią, która tym razem nie znajduje się tylko w bezpiecznej strefie naszych ust, a wybiega nieco...wyżej. Tworząc pąsowe rumieńce czy mocno obrysowane oczy. To propozycja dla odważnych kobiet, które cenią sobie wyrazistość i nieco krzykliwy look. Dla tych mniej odważnych proponuję zostać jednak w bezpiecznej strefie :)


NA KRAŃCU TĘCZY
No dobrze kosmetyki w kolorach różu i czerwieni to obowiązkowe must have w każdej kosmetyczce, ale nie tylko...Fascynacja latami 80 (oj wierzcie mi było kolorowo) wciąż trwa. W tamtych latach królowały makijaże oczu we wszystkich odcieniach niebieskiego, fioletu, zieleni. Istna feeria barw. Niczym tęcza na niebie. w tym roku styliści postawili więc powrócić do przeszłości i proponują nam iście tęczowe makijaże. Żółta powieka? A może pomarańczowa? Osobiście nie do końca do mne przemawia ta propozycja, dlatego zostanę przy zieleniach i fioletach - tak będzie bezpieczniej, a Wy?


Oto moje zestawienie hitów na sezon wiosenno-letni. Jak wśród ubrań znalazłam swoich ulubieńców, tak propozycję kosmetyczne nie do końca do mnie przemawiają. I jeśli mam szaleć to wśród wieszaków z ubraniami, a w makijażu pozostanę wierna stonowanym kolorom i czerwieni na ustach.

A jak Wam się podobają propozycje jakie nam oferują najwięksi styliści, projektanci i wizażyści? 
&& Waterdrop Sleeping Pack Lioele Cosmetic - nawilżająca maska na noc &&

4/07/2017

&& Waterdrop Sleeping Pack Lioele Cosmetic - nawilżająca maska na noc &&

Maski to jedne z moich ulubionych kosmetyków pielęgnacyjnych do twarzy. Mogą być w płachcie, mogą być w postaci kremu, jednakże nieco większą czułością darzę te, które się zmywa po wyznaczonym czasie, aniżeli te które należy pozostawić do całkowitego wchłonięcia. Wyjątek stanowią maski przeznaczone na noc. Te, które wykonują największą robotę kiedy śpimy, a nasza skóra ma czas odpocząć. Jakiś czas temu pisałam Wam o nawilżającej masce na noc marki Sephora , trafiła na moją listę kosmetyków po które sięgnę jeszcze nie raz. Wyczuwalne nawilżenie, odżywiona skóra i przywrócony blask, to były jej główne atuty. Jednakże nie byłabym sobą gdybym wciąż nie próbowała czegoś nowego. W grudniu podczas akcji mikołajkowych boxów, trafiła do mnie paczucha od Teri z bloga Kolorowy Świat Terii , w jej czeluściach znalazłam kilka perełek, o których mogłyście przeczytać w tym poście , a wśród nich między innymi odkryłam białe, niepozornie wyglądające opakowanie. Przed Wami Lioele - kosmetyk rodem z Azji, który okazał się idealnie idealny, i choć wspomniana maska z Sephory nadal jest na moim podium, tak Lioele lekko przytłumiła poprzedniczkę i pełna wdzięku zajęła miejsce pierwsze.


Nie często się zdarza, abym polubiła coś od pierwszego otwarcia. Chociaż w ostatnim czasie mam jakieś szczęście i trafiam na tak owe okazy. Tak jest też w przypadku tej maseczki. Tak po prostu, otwarłam ją, zaaplikowałam i...uległam jej całkowicie. Proste prawda? W sumie mogłabym już nic więcej o niej nie pisać, słowo idealna tu wystarczy całkowicie, ale wiem, że Wasza ciekawość jest równie wielka jak moja więc nie mogę Was tak zostawić.
Zacznę więc może od składu, który może nie powala, aczkolwiek nie jest źle przez zawarte w składzie ekstrakty roślinne. 

Skład:
Water, Butenglycol, Cycolpentasiloxane, Cycolohexasilicone, Glycerin, Portulac Oleracea Extract, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Sodium Chloride, Dimethicone Crosspolymer, Arnica Montana Flower Extract, Archillea Millefolium Extract, Gentiana Lutea Root Extract, Artemisia Asinthium Extract, Sodium Polystyrene Sulfonate, Sorghum Bicolor Stalk Juice, Hyaluronic Acid, CI 42090, Fragrance, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol, Disodium EDTA

Zaraz po wodzie, która znalazła się na pierwszym miejscu znajdujemy glikol buletynowy. Jest to substancja o niskiej komedogenności, mająca na celu prawidłowe nawilżenie skóry, a także jej zmiękczenie i wygładzenie. Ułatwia również przenikanie innych substancji wgłąb skóry. Działa łagodząco. Nie jest więc źle, choć może przyczynić się do zapchania. Kolejne dwie pozycje to silikony lotne (Cycolpentasiloxane, Cycolohexasilicone), a więc dość lekkie substancje mające na celu wygładzić i zapobiec nadmiernej utracie wody ze skóry. Często oba są łączone w celu osiągnięcia lepszego efektu. Tworzą na skórze warstwę okluzyjną, jednakże jest to krótkotrwały efekt ze względu na ich lotność. Nie są komedogenne. Aczkolwiek dopuszczone są w produktach kosmetycznych w wyznaczonych normach, gdyż pierwszy z nich może spowodować podrażnienia, a także zmiany skórne u osób wrażliwych. Zaraz po glicerynie występuje ekstrakt z portulaka pospolitego (in.warzywnego-Portulac Oleracea Extract ) który działa tonizująco, antytoksycznie, a także wspomaga proces gojenia ran. Po nim kolejny silikon lekki (Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone) mający na celu utrzymać wilgoć w skórze, a także ją odżywić. Jest łatwy do usunięcia za pomocą wody. Kolejny to sodium chloride, który może kiedy jest go za dużo spowodować wysuszenie i podrażnienie. Po nim kolejny silikon Dimethicone Crosspolymer, tym razem jednak z tych ciężkich. Nieco bardziej komedogenny niż poprzednicy i niestety może spowodować nasilenie problemów z trądzikiem, zapychanie skóry, a także uczulić. Na szczęście znajduje się w takim miejscu w składzie, że jego stężenie nie jest już tak wysokie. Potem mamy już ekstrakty m.in. z arniki, krwawnika pospolitego, goryczki żółtej, bylicy itd. a na końcu, barwniki, konserwanty i substancje zapachowe.
Jak widać nie jest to świetny skład, rodem z natury, zaraz na początku są silikony, tak nie lubiane przez nas, a dopiero po nich zaczyna się przyjemniejsza część w postaci ekstraktów roślinnych. A jednak maska da się lubić, a za co już Wam piszę.


Opakowanie maski jak widać jest bardzo minimalistyczne. Biały kartonik, na nim napis w kolorze czarnym i jedna niebieska kropelka. Dokładnie tak samo wygląda tuba o pojemności 120 ml, która zamykana jest na "klik". Przyjemne w odbiorze, schludne i zwyczajnie ładne.
Wewnątrz znajdziemy maskę w kolorze...błękitu. Jasny, niebieski kolor jest lekko "matowy" i pierwsze co przywodzi na myśl to wodę. Przyznam szczerze, że byłam nieco zaskoczona tym kolorem, lecz zupełnie mi to oczywiście nie przeszkadzało. Zapach maseczki jest bardzo przyjemny, dość delikatny i świeży. Konsystencja jest śliska, lekko żelowa i bardzo dobrze prowadzi się po skórze, zarówno palcami jak i pędzelkiem. Co ciekawe, maska po zaaplikowaniu na skórę zmienia się po chwili w kropelki wody, a następnie kropelki te wchłaniają się w skórę, nie pozostawiając przy tym lepkiej warstwy, a więc spokojnie możemy położyć się spać, nie martwiąc się o plamy na poduszce. Jej zadaniem jest dogłębnie nawilżać, pielęgnować, a także koić skórę. Polecana do każdego typu cery, z naciskiem na suchą, przemęczoną i szarą.
Producent zaleca nałożyć niewielką warstwę i wpierw ją lekko wmasować w skórę, wykonując przy tym masaż. Pozostawić na noc. Maska się bardzo dobrze wchłania, a więc nie ma potrzeby zmywać jej rano.


Podsumowując maseczka stała się moją ulubienicą. Już po pierwszym razie moja skóra stała się przyjemna w dotyku, natomiast rano wyczuwalne jest nawilżenie. Twarz nabrała blasku i stała się lekko rozświetlona po kilku aplikacjach. Ogromnym plusem dla mnie jest jej konsystencja. W przypadku wspominanej na wstępie maski Sephory, trzeba było odczekać około 10 minut, aby choć trochę się wchłonęła i niestety tworzyła na twarzy lepki film przez dłuższy moment, w przypadku Lioele nic takiego nie występuje. Maska praktycznie natychmiast się wchłania, a warstwa na skórze pozostaje lekko śliska. Wiem, że skład nie należy do idealnych, jednakże i tak nie jest źle. Używam jej od kilku tygodni, ani razu mnie nie zapchała, nie wywołała alergii, ani nie podrażniła. Na moją suchą skórę działa wręcz jak opatrunek. Jednym słowem ideał.
Obawiam się jednak, że przy cerze bardzo problematycznej idealna nie będzie. Przez zawartośc silikonów, może (ale nie musi) działać zapychająco i nasilać problem z cerą.
Maskę dostaniecie np. w drogerii internetowej mintishop
Cena ok.55 zł/120 ml


Mam w planach jeszcze jedną nocną maskę przetestować i sprawdzić, która wypadnie najlepiej, jednakże póki co Lioele staje się moim hitem, numerem jeden, a to dzięki Terii :) Dziękuję :*
Znacie tę maseczkę? Lubicie? A może macie jakieś godne polecenia maseczki nawilżające na noc?
Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne