1/09/2017

&& NOT 5 - czyli kosmetyczne BUBLE 2016 &&

Ostatnia część przed Wami, część do której zbierałam się nad wyraz długo, a to za sprawą tego, iż nie znoszę pisać o..bublach. Wolę tematykę przyjemną i miłą, aniżeli zbieraninę samych wadliwych stron danego produktu. Ale chcąc nie chcą i na tak owe się natrafia, i wypadałoby wtedy dać znać światu, że nie do końca jest tak fajnie jakby się chciało. Czarne gwiazdy, które może nie o tyle zaszkodziły, co nie dały nic z tego co obiecuje producent.
Dzisiaj przed Wami jeszcze jedna piątka - ale w kategorii bubli. Produkty na które nie wydam już ani złotówki i zapewne nigdy nie polecę ich też nikomu, a widząc je na sklepowej półce - ominę szerokim łukiem.

1. Pantene Pro-V - lekka odżywka w piance pod prysznic.
Był taki moment w zeszłym roku, kiedy moje włosy w końcu zaczęły normalnie wyglądać pomimo rozjaśnienia ich. Pomimo jednak tej "normalności" były jeszcze za mało nawilżone, a stosowanie ciężkich regenerujących odżywek nie służyło im i dość szybko przetłuszczały się. Była więc to okazja do poszukania jakiejś fajnej lekkiej odżywki, która nie będzie obciążać włosów, ale będzie działać nawilżająco.W mediach i czasopismach, aż huczało kiedy pojawiła się nowa seria produktów Pantene Pro-V o lekkiej formule, przeznaczona do różnych rodzajów włosów. Skupiłam więc swoją uwagę na zestawie, który aktualnie był w drogerii na promocji. I jak z szamponu powiedzmy byłam w miarę zadowolona, tak odżywka w piance okazała się totalnym dnem, nie wartym grosza. Ot-co przereklamowana i beznadziejna.
Jedynym jej plusem jest aplikacja...i to by było na tyle. Niestety włosy obciążała pomimo obietnic o braku tego efektu. Na dodatek miałam wrażenie, że moje włosy zamiast mięknąć pod odżywką, stawały się sztywniejsze.
Nie, nie i jeszcze raz nie.

2. Killys - preparat przyspieszający schnięcie lakieru.
Jako, że większą część miesięcy w zeszłym roku spędziłam będąc w stanie błogosławionym, odstawiłam na ten czas lakiery hybrydowe. Było mi źle z tym, ale gdzieś mi utkwiło, że może lepiej w ciąży odpuścić hybrydę. Ale jak każda kobieta lubię mieć zadbane i pomalowane paznokcie, tyle że w porównaniu do hybryd malować je z powrotem musiałam co 2-3 dni. A do tego to koszmarne wysychanie...dlatego kocham hybrydy :)
Chcąc nie chcąc, kiedy rozbiłam butelkę z wysuszaczem Sally Hansen, musiałam na szybko coś kupić, padło więc w Rossmanie na preparat Killys'a. I powiem Wam tylko jedno - miał dwie szanse, pierwszą i ostatnią...poleciał do kosza. Nie dość, że nie skracał czasu wysychania ani o sekundę to jeszcze mi śmierdział. Chociaż to drugie to bardziej może ze względu na zmiany hormonalne jakie wtedy szalały w moim organizmie. Tak czy siak, preparat okazał się bezużyteczny.

3. Kallos - kawiorowa maska do włosów.
Nie przypuszczałam nigdy, że kiedyś marka Kallos znajdzie się w moich nielubianych kosmetykach, a jednak tak się stało. Do tej pory były to jedne z często kupowanych przeze mnie masek, były te nieco gorsze i te świetne. Ale ta z kawiorem przeszła samą siebie. Zużyłam połowę opakowania i powiedziałam dość. Żałuję tylko, że nie kupiłam mniejszej pojemności. Maska miała nawilżać, nie obciążać, nadawać włosom blask i regenerować. Blasku nie było, gładkości również, a po każdym zmyciu jej z włosów miałam ochotę myć je od nowa. Okazała się dla mnie totalnym niewypałem. Z konsystencją też coś jest nie tak. Maski Kallosa to zazwyczaj dość treściwe mazie, o aksamitnej konsystencji, ta niewiele miała z tym wspólnego. Datę ważności sprawdziłam - była świeżutka. Widocznie taki jej urok, tyle że mnie nie zauroczyła.

4. Palmolive - żel peelingujący do ciała.
Na wstępie napiszę, że w mojej łazience stoi właśnie ich czekoladowy żel pod prysznic, a wspomniany peeling pojawiał się u mnie od czasu do czasu. Więc co sprawiło, że znalazł się tutaj, a nie na przykład w top 5? Mam wrażenie, że zostało coś w nim zmienione. Po pierwsze zapach, kiedyś był to przyjemny świeży aromat, przynajmniej takim go pamiętam. Teraz mam wrażenie, że coś dodali co w połączeniu z resztą daje dziwny zapach przypominający...mocz? Autentyk, moje dziecko nawet do takich wniosków doszło, że zwyczajnie śmierdzi. Konsystencja - nie należał nigdy do mocnych zdzieraków, ale mam wrażenie, że drobinki peelingujące dość mocno zmniejszyły swoją wielkość, przez co zrobił się z tego zwykły żel, a nie żel peelingujący.
Nie wiem, może trafiłam na złą partię, może to z moją butlą jest coś nie tak. Tak czy inaczej pozostanę przy ich zwykłych żelach.

5. Yasumi - Lactobionic Acid Cream
Krem z którym wiązałam nie małe nadzieje. Miałam dawno temu ich krem pod oczy, z którym bardzo się polubiłam. Więc kiedy w moje ręce wpadł wyżej wspomniany krem ucieszyłam się. Fajna, wygodna w użyciu butelka z dozownikiem była dodatkowym atutem. Przeznaczony typowo do suchej, wrażliwej skóry...i do każdej innej. No właśnie. Z własnego doświadczenia wiem, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego...no z wyjątkiem aloesu :) Krem jednak miał przeznaczenie z naciskiem na mój rodzaj cery. Miał nawilżać, nie podrażniać, nie uczulać, łagodzić stany zapalne. MIAŁ. Już po pierwszej aplikacji nie pasowało mi nieprzyjemne uczucie ściągniętej skóry, jednak nie zniechęciło mnie to do dalszych testów. Po kilku dniach, jednak na twarzy pojawiać się zaczęły pojedyncze krostki w najbardziej wrażliwych miejscach jak okolice oczu i ust, oraz łuszcząca się skóra gdzieniegdzie. Po kolei zaczęłam eliminować używane do codziennej pielęgnacji kosmetyki i tak doszłam do tego, że winowajcą uczulenia był właśnie krem Yasumi. Szkoda, bo mając już styczność z ich produktami nie sądziłam, że coś pójdzie nie tak.
Krem odstawiłam, wróciłam do swojego kremu i wszystkie problemy zniknęły. Na szczęście.


Tak oto wyglądają moje gwiazdy ze spalonego teatru. Na szczęście była to mała ilość, bo czymże jest pięć bubli wśród wielu, wielu produktów które jednak są godne uwagi i z chęcią się z nich korzysta. Ciekawa jestem czy, któryś z powyższych produktów również Wam zalazł za skórę?
Buziaki:*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za każdy komentarz jaki znajduję pod postami; staram się odpowiedzieć na każdy jak tylko mam chwilkę.
Jeśli jesteś tu po to aby dodać komentarz na zasadzie obs/za obs - niestety podziękuję.
Wkładam dużo pracy w bloga, w posty i w całokształt, dlatego chciałabym podziękować tym którzy zostają ze mną. To dla mnie bardzo ważne - bo to dzięki Wam blog wygląda tak jak teraz.

Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne