4/27/2017

&& Liferia marzec - openbox bez openboxa &&

Zastanawiałam się parę dni czy ponarzekać trochę czy nie. Teoretycznie powinnam olać tego boxa i nawet nie tracić czasu na jakieś wpisy o nim, bo i po co skoro zostałam skutecznie do niego zniechęcona? Ale z drugiej strony, może kiedy pojawiłoby się kilka takich wpisów ekipa boxa zastanowiłaby się nad tym co robi i czy przypadkiem nie robi źle, bo przecież nie chodzi o to aby tracić klienta, tylko aby go pozyskiwać. Bądźmy szczerzy, Liferia miała szanse (ba, nawet nadal ma) stać się najlepszym boxem w Polsce. Ideą było od początku faszerowanie klientów nieznanymi markami kosmetycznymi z najdalszych zakątków świata, a także danie możliwości poznania naszych mało znanych rodzimych marek. Fajna sprawa, która omamiła większą część blogosfery w tym i mnie również kupiła. I nie byłoby tu żadnego ale, gdyby nie polegli w sprawach technicznych.


Nie zrobię Wam kolejnego openboxa, bo zawartość już znacie na pamięć. Nie opiszę Wam każdego z produktów, bo przepłynęły już one niczym fala przez blogi osób, które w końcu swoje boxy otrzymały. Choć część z nich zasługuje chociaż na chwilę uwagi, jednak nie będę zbyt długo dumać nad nimi, a skupię się tylko (wybaczcie) na ogólnikowym opisie. Czemu? Bo Liferia w tym (a przepraszam w zeszłym) miesiącu postanowiła zrobić sobie z nas jaja. Tyle, że prima aprilis jest w kwietniu, a nie w marcu.
Pomijając kwestie opóźnienia w poprzednim miesiącu (luty), było ono na tyle małej rozpiętości czasowej, że przymknęłam jeszcze na to oko, zawartość lutowej edycji w pewnym stopniu również załagodziła pretensje i żale do Liferii, pomimo dotarcia w marcu. Jednak już wtedy wydawało mi się, że (a przynajmniej miałam taką nadzieję) ekipa wyciągnie pewne wnioski i wraz z nadejściem kolejnego miesiąca dołoży wszelkich starań, aby wszystko poszło tak, aby opóźnień nie było. Mój błąd, bo jak to mawiają nadzieja jest matką głupich.
Małymi krokami zbliżał się koniec marca, a Liferia milczała. I żaden znak na niebie nie wskazywał na to, iż pudełka-widmo opuszczą w końcu magazyn. Nie komentowali, nie odpowiadali na pytania.  Dopiero z końcem miesiąca, kiedy to pierwsze boxy ze współprac trafiły do dziewczyn, pojawiła się po kolei zapowiedź tego co w owym pudełku się znajdzie. Prawie miesiąc opóźnienia...do faktu ujawnienia zawartości nie będę się czepiać, bo z tego co pamiętam Liferia na początku zdradzała zawartość jeszcze przed wysyłką. Niestety nie był to koniec perypetii marcowego boxa. Jak dla mnie strzałem w kolano, było wysyłanie boxów do klientów po kilka sztuk przez kilka dni. W efekcie byłam jedną z ostatnich klientek, która otrzymała swojego boxa. Moja złość sięgnęła zenitu. Zamiast wysłać boxy kurierem, skoro tak straszne było opóźnienie, Liferia znowu udowodniła, że klientów ma gdzieś i posłała boxy pocztą, a dokładnie listami ekonomicznymi.


Podsumowując całokształt jestem zawiedziona. Subskrypcje anulowałam, jakoś nie mam ochoty na kolejne Liferie na chwilę obecną. Miałam możliwość wejścia we współpracę z nimi, ale też podziękowałam. I niestety nawet zawartość boxa nie jest w stanie załagodzić obecnie mojego myślenia o ekipie Liferii. Póki co grzecznie podziękuję. Poczekam na rozwój sytuacji i może kiedyś znów do nich wrócę, na razie jednak nie widzę sensu.
Co do samego boxa, edycja marcowa opierała się na powitaniu wiosny. Miało być świeżo i lekko. Wewnątrz znalazło się łącznie pięć produktów, z czego trzy były pełnowymiarowe. W pudełku mogłyście znaleźć płyn micelarny polskiej produkcji Balneo Kosmetyki, pisałam już Wam o nich kiedyś, i na pewno warto sięgnąć po coś z ich asortymentu, zwłaszcza, iż produkowane są na wodzie siarczkowej, która ma rewelacyjny wpływ na skórę czy włosy. Kojący tonik do twarzy Naturalis, to również rodzima produkcja. Osobiście jednak z niego nie skorzystam bo mam obecnie otwartą dużą butlę toniku, i kolejne dwa w kolejce. Pęseta The Vintage Cosmetics - pierwszy raz w pudełku Liferii możecie znaleźć coś niekosmetycznego. Chwalona i polecana pęseta brytyjskiej produkcji, to wg. Liferii must-have. Cóż nie wiem czy, aż takie must, bo w domu mam porządną pęsetę i wcale kolejnej nie potrzebuję. Markę TVC znam również, więc nie wywołało u mnie efektu Wow. Kolejne dwa produkty to ładnie ujęte na karcie Travel Sety, czyli nic innego jak miniatury. Apple&Bears to angielska marka, zajmująca się produkcją naturalnych kosmetyków do pielęgnacji ciała. Mieszkając w Anglii miałam przyjemność już ich poznać i byłam miło zaskoczona. Druga miniatura to izraelska Ahava, a dokładnie nawilżający krem do twarzy. Produkt, którego nie znam w ogóle i nawet w życiu nie słyszałam o nim. Z chęcią go jednak wypróbuję.
Pudełko możecie kupić na stronie Liferii - tutaj
Cena 59zł (w zależności od wybranej opcji-pakiet lub subskrypcja)


Czy jednak zawartość marcowej edycji jest na tyle imponująca, aby zapomnieć o błędach Liferii, pozostawiam tę kwestię Wam, ja nie czuję się nią zachwycona i nie wiem tylko czy to przez całe to zamieszanie czy zwyczajnie nie zaskoczyły mnie produkty znalezione wewnątrz.
Ciekawa jestem Waszego zdania? Rezygnujecie z Liferii czy dajecie im kolejną szansę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za każdy komentarz jaki znajduję pod postami; staram się odpowiedzieć na każdy jak tylko mam chwilkę.
Jeśli jesteś tu po to aby dodać komentarz na zasadzie obs/za obs - niestety podziękuję.
Wkładam dużo pracy w bloga, w posty i w całokształt, dlatego chciałabym podziękować tym którzy zostają ze mną. To dla mnie bardzo ważne - bo to dzięki Wam blog wygląda tak jak teraz.

Copyright © 2017 rozmaitoscikosmetyczne